Z Vectora Polonii nr 60: Urocze spotkania z muzykantami – Kapela ze Wsi Warszawa

Utworzono 04 grudnia 2013 przez Luiza

fot. Radek Polak

fot. Radek Polak

 

Zespół powstał w 1997 roku w Warszawie. Początkowo występował pod nazwą Kapela ze Wsi, ale podczas Festiwalu Muzyki Ludowej Mikołajki Folkowe w Lublinie, w wyniku przejęzyczenia konferansjera, przyjęła się nazwa: Kapela ze Wsi Warszawa.

Muzycy mają na swoim koncie wiele sukcesów (np. nagrodę BBC Radio 3 Awards for World Music w kategorii „Newcomer”, Fryderyka w kategorii „najlepszy album folk/etno” za Wykorzenienie, nominację do nagród amerykańskiego przemysłu muzycznego Grammy w kategorii „polka”, itd.). Ostatnio przyjęli zaproszenie Urszuli Sadłowskiej z Instytutu Polskiego w Paryżu, kończąc swoim występem Festiwal Kinopolska, a także zagrali w Instytucie Irlandzkim w Paryżu. Koncertują na całym świecie promując polską muzykę. Coraz częściej bywają we Francji.

Julita Lech: W jaki sposób stawialiście pierwsze kroki w zespole?

Maciej Szajkowski: Intuicyjnie. Na początku nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, ani oczekiwań. Spotykaliśmy się dla frajdy, żeby sobie pomuzykować. Fajne były dziewczyny i fajne chłopaki… A w zasadzie chłopak był tylko jeden – to byłem ja (śmiech). Później doszedł Marcin Kozak. Świetnie się rozumieliśmy. Chcieliśmy grać coś kompletnie innego. Byliśmy znudzeni muzyką, która zewsząd dolatywała, łatwą, lekką i przyjemną, czyli nijaką. Wcześniej uprawialiśmy różne gatunki. Bywaliśmy na różnych zagranicznych festiwalach, stykaliśmy się z innymi kulturami i gatunkami muzycznymi. Znajomi stamtąd pytali o to, jaka jest muzyka polska. Sami zaczęliśmy się nad tym zastanawiać.

A druga kwestia to taka, że jako student dziennikarstwa, zostałem wysłany w tzw. teren. Pojechałem na polską wieś, z którą nie miałem wcześniej kontaktu. To było swego rodzaju odkrycie zaginionego lądu, zapomnianej kultury. Spotkania z muzykantami były urocze. Byli oni zdziwieni, że ludzie z miasta przyjeżdżają na wieś, aby słuchać ich opowieści, uczyć się od nich tajników muzykowania. Państwo Zdrzalikowie, do których jeździliśmy najczęściej, dali nam pierwsze instrumenty, żebyśmy, jak mówili, koniecznie zaczęli na nich grać, bo u nich w rodzinie wnuki się tym nie interesują.

Przy okazji w Warszawie było kilka osób, które fascynowały się muzyką etniczną. To była mała grupa. Spotykaliśmy się, inspirowaliśmy się wspólnie. Orkiestra Św. Mikołaja w połowie lat 90. zapraszała muzyków na Mikołajki Folkowe w Lublinie. Wtedy było niewiele takich zespołów. Wszystkich nas łączyła fascynacja tym, co inne, pozornie dalekie i egzotyczne, a jednak tak bliskie i swojskie. Serdeczność, przyroda – to wszystko wiązało się z muzyką folkową. Była to również pewnego rodzaju forma ucieczki od cywilizacji, enklawa ludzi poszukujących i wolnych.

J.L. Pewne rzeczy zachowały się do tej pory. Jak przez tyle lat udało się Wam utrzymać tę ciągłość?

M.Sz. Przez te lata chyba nie zmieniliśmy się tak bardzo… Pierwotne założenie było takie, żeby opanować muzykę dawną, te rytmy trójdzielne, dwójkowe, nauczyć się śpiewać białym głosem, czyli najbardziej naturalnie i to rozwijać. Chcemy tworzyć muzykę w oparciu o źródła, ale w naszych, autorskich interpretacjach. Tak po prostu czujemy.

J.L. Zaczynaliście zupełnie od podstaw, wszystkiego musieliście się nauczyć?

M.Sz. Tak, zresztą pierwsza płyta jest zachowana w tym duchu wiernym muzyce przełomu XIX i XX wieku. W ogóle XIX wiek to jest czas tworzenia kultury ludowej, etnologii, antropologii. To są pierwsze próby zapisu dawnych tradycji. Jak ta muzyka brzmiała wcześniej, możemy sobie tylko wyobrażać. Daje to wszakże nieskończone możliwości, do tworzenia różnych interpretacji, pobudza wyobraźnię.

Mieliśmy doświadczenie z muzyką alternatywną, punkową, widzieliśmy pewne analogie z muzyką ludową, głównie jeśli chodzi o generowanie pewnych energii. Na poziomie duchowym również. Na przykład Hindusi dzielą muzykę na 2 formy: taką, która oddziałuje w sposób fizyczny, oraz taką, która porusza sferę ducha. A my stwierdziliśmy, że może da się to połączyć.

Na początku działań Kapeli chcieliśmy jak najwięcej się uczyć od muzykantów. Mieszkaliśmy np. przez miesiąc w górach, na Orawie w Lipnicy Wielkiej. Gościła nas rodzina znakomitego muzyka, lutnika i pszczelarza, Ludwika Młynarczyka. Obok lekcji muzyki i śpiewu, odbywały się wieczorne pogawędki przy alkoholu, głównie miodówkach. Jedynym niuansem było to, że wtedy stroniliśmy od alkoholu. A kultura ludowa w pewnym sensie to kultura spirytusu. Może dlatego poszliśmy trochę w innym kierunku… (śmiech)

Anna Garnys: Podróżujecie po całym świecie. W Kanadzie poznaliście szamankę… Czy czerpiecie inspiracje z tych podróży?

Magdalena Sobczak: To są tak naprawdę mity tego, jak to artysta podróżuje i poznaje nowe kultury, nowych muzyków i zwiedza świat. Większość czasu spędzamy na lotniskach, w busach, w drodze.

M.Sz. Jesteśmy dziesiąty raz w Paryżu i pójdziemy dziś pierwszy raz do Luwru.

M.S. Brakuje czasu. Inspirujące są spotkania z innymi muzykami, ale większość pomysłów czerpiemy z bardzo różnej muzyki, której słuchamy. Jeśli chodzi o szamankę, czy skandynawskie inspiracje, to są rzeczy, których szukaliśmy wcześniej, a pewne sytuacje były tylko impulsem, żeby się w nie zagłębić.

M.Sz. Muzyka jest makrokosmosem bez względu na różnice kulturowe, społeczne, geograficzne, cywilizacyjne i historyczne. Muzyka się przenika. Dzieje się to w sposób naturalny. Nie ma społeczności odizolowanych hermetycznie. To słychać w analogiach, które pojawiają się nawet w biegunowo dalekich sobie kulturach, ponieważ muzyka jest językiem uniwersalnym wszystkich ludzi na świecie, bez wyjątku.

J.L. Bierzecie udział w wielu projektach. Czy z którymś z nich wiążecie jakieś szczególne plany?

M.Sz. Staramy się robić swoje. To, że działamy spontanicznie od początku, pozwala nam zachować dystans do siebie samych, i się nie napinać.., a później nie rozczarowywać.

A.G. Macie wiele sukcesów na koncie (np. nagroda BBC).

M.Sz. Mówimy o ostatnich kilku latach, ale trzeba pamiętać, że zespół wykonał na początku sporą pracę. To było kilkaset koncertów, które grało się często za grosze lub przysłowiową michę i kimę. Takich koncertów było mnóstwo. Wtedy nikogo to nie dziwiło. Powtarzam młodym zespołom, że nie wystarczy nagrać płytę, musisz pograć kilkadziesiąt koncertów, pokazać i udowodnić, że naprawdę chcesz to robić. Wiele sztucznie kreowanych gwiazd przepada na tym rynku, który jest twardą i bezwzględną grą oraz ciężką pracą.

A.G. Czy często wracacie do Francji?

M.S. Ostatnio tak. Odkąd zaczęliśmy współpracować z francuską agencją 3DFamily, grywamy coraz częściej. Dochodzą do nas miłe komentarze i dobre recenzje… Jesteśmy zaskoczeni tym, że np. w bardzo małym miasteczku gdzieś na północy Francji przychodzi wiele osób, które słuchają nas z zainteresowaniem.

J.L. W jakich innych państwach lubicie koncertować?

M.Sz. Lubimy grać praktycznie wszędzie. Najczęściej gościmy w Anglii, Niemczech, Skandynawii, USA, także w Portugalii, Hiszpanii…

J.L. A jak wyglądają Wasze spotkania z Polonią w tych państwach?

M.Sz. Przyjmują nas bardzo dobrze. Polonia jest różna w różnych krajach. Jest to ciekawa obserwacja. Na początku lat 2000 zetknęliśmy się np. z tą starą Polonią amerykańską z zachodniego wybrzeża, która wydała nam się hermetyczna i zachowawcza. Jakby odizolowana od całego świata, już nie mówiąc od wielokulturowej społeczności Ameryki. W tym roku zaprosiła nas młoda Polonia nowojorska, ta z Greenpointu, brooklińska. To są inni ludzie. Fantastycznie promują polską muzykę, są zorientowani w ramach amerykańskiej i światowej sceny muzycznej. Są otwarci, rzetelni i skuteczni, np. Gram X Productions. Podobnie dzieje się z inną emigracją, np. brytyjską. Z drugiej strony źle, że młodzi, wykształceni i zdolni ludzie masowo emigrują i nie chcą wracać do kraju.

J.L. Jak najlepiej określić Waszą muzykę? Czy jest jakieś określenie, którego nie lubicie?

M.Sz. Nie… Wszystkie lubimy, nawet te najbardziej udziwnione (śmiech). Kiedyś sami się zastanawialiśmy jak to nazwać. To jest jednak muzyka autorska, bardzo osobista i wielowymiarowa. Trudno jest ją zaszufladkować. Odwołujemy się do tematów dawnych, do tańców i pieśni ludowych. Wykonujemy także współczesne teksty, wykorzystujemy dawne instrumenty akustyczne, które były przynależne do poszczególnych kultur i regionów w obrębie Polski. Jednocześnie nasze aranżacje są przemyślane i zaplanowane. Pomimo że pojawia się sporo improwizacji, to jednak wychodzimy z założenia, że powinny to być kompozycje. Trudno to wszystko wrzucić do jakiegoś jednego worka. Pojawiało się już neofolk, biotechno, hardcore’y z obory (śmiech). Oczywiście każdy niech sobie nazywa to jak chce, my mówimy, że to jest muzyka Kapeli ze Wsi Warszawa.

Dziękujemy za rozmowę!

Rozmowa zamieszczona jest w 60 numerze Vectora Polonii, do którego lektury serdecznie zachęcamy: http://www.vectorpolonii.com/sklep/vp-nr-60-08-12-2013/

Komentuj...

*



czwartek, 21 luty, 2019

  • Pogoda w Paryżu


    5°C
    Bezchmurne niebo

    Dzisiaj:
    17°C / 4°C
     
    sobnieponwtośroczw
    15°14°15°17°17°16°
  • Kurs walut

  • Newsletter Vector Polonii

  • Partner: ASSOCIATION YOT-ART