'Taguj' blogi | "Zapiski Weterana Zimnej Wojny"

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 4 czerwca 2018 r.

Utworzono 04 czerwca 2018 przez Red. VP

Czytelnik pyta, skąd RWE miało tyle zakulisowych informacji o tym, co się w PRL i w PZPR działo. Moja odpowiedź prosta. Znam tę sprawę „od podszewki”. Wszak byłem korespodentem informacyjnym („szpionem” – jak głosili PRL-owcy) RWE… Przed laty w Monachium w czasie kursu dla korespondentów informacyjnych RWE, stary brytyjski dziennikarz, swego czasu przedstawiciel jakiegoś angielskiego pisma w hitlerowskim Berlinie, powiedział nam: „Najciekawsze informacje otrzymywałem nie od opozycji, lecz od skłóconych frakcji NSDAP. Stwierdzenie to było wysoce godne uwagi! I nam najciekawsze informacje przekazywały skłócone frakcje PZPR-u. Jedni partyjni nadawali na drugich… Tą drogą wiele z PRL wyciekało. Miałem tajnych informatorów bliżej mi nieznanych, którzy podrzucali mi nieraz rewelacyjne informacje. W Monachium specjalne biuro analiz i studiów (szef polskiego działu: Kazimierz Zamorski) analizowało wartość, wiarygodność takich informacji…

Rzecz jasna, miałem też szereg dobrze mi znanych informatorów rodaków, którzy Paryż odwiedzali. Specjalna procedura miała na celu ochronę (jeśli były one nam znane) źródeł infromacji… Owa ochrona źródeł była sprawą wielkiej wagi i działała sprawnie… O ile wiem, mimo np. sprawy Czechowicza, nie było w tej dziedzinie wpadek…

Cenionym infomatorem Jana Nowaka był przedstawiciel na Zachodzie katolickiej grupy lubelskiej SPOTKAŃ, Piotr JEGLIŃSKI. Dostarczał on Nowakowi i RWE (w pewnym okresie za moim pośrednictwem) wiele czasem wręcz rewelacyjnych materariałów z PRL. Czekał on na mnie o z góry ustalonej godzinie w konfesjonale klasztoru, w którym mieszkał w Paryżu (raz na takie spotkanie zabrałem będącego właśnie w Paryżu Dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE, Zygmunta Michałowskiego, który wysoko cenił dostarczane prze Jeglińskiego informacje…).

Jednym słowem, pracę mą musiała otaczać ścisła tajemnica. Gdy powierzano mi wymagające wielkiej „poufności” stanowisko korespondenta informacyjnego w Paryżu, zapytałem: Jak to możliwe, że mi powierzacie taką poufną funkcję, wszak swego czasu nie dostałem stypendium doktoranckiego na studia politologiczne w USA, bo do biur „Wolnej Europy” dotarł donos, że w roku 1945 (mając piętnaście, a następnie szesnaście lat) byłem w KOŚCIANIE „krwawym reżymowcem”, oraz że jestem homoseksualistą… Nowak i jakiś Amerykanin powiedzieli mi, że to był donos zapewne „Z TAMTEJ STRONY”, i że „nie mam się tą sprawą zajmować”. Mam o niej zapomnieć i na ten temat milczeć… Trzymałem się długo tej wskazówki! Dopiero kilka lat temu sprawę ujawniłem, o owym donosie w mym dzienniku wspomniałem…

Jedno na zakończenie chcę mocno pokreślić! Zakulisowe informacje z PRL i z PZPR niewątpliwie leżały u podstaw ogromnej popularności RWE w Polsce!

Tyle na dziś… Może tylko dodam, że owe stałe przecieki o walkach frakcyjnych w PZPRze, rewelacje na temat tych czy innych afer i nadużyć, itd., itd. – wszystko to siłą rzeczy nasze społeczeństwo niezwykle interesowało. Rzecz jasna my – korespondenci informacyjni – byliśmy przedmiotem szczególnie ostrych ataków ze strony SB, któremu Biuro Polityczne wyrzucało, że tyle tajemnic wycieka z PRL-u!!!

Komentarzy (0)

Tags: , , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 1 czerwca 2018 r.

Utworzono 04 czerwca 2018 przez Red. VP

Czytelnik pyta o me postawy polityczne w latach 1945 i 1946, i czy to prawda, że moja matka i ja chcieliśmy mego ojca skłonić do powrotu z Francji do kraju…

Tak, rzeczywiście marzyliśmy o powrocie ojca do Polski. Przedwojenny szef ojca, Eugeniusz Kwiatkowski, był wówczas ministrem (?) odbudowy Wybrzeża. Inny z ojca przyjaciół, profesor Michał Kaczorowski, ministrem odbudowy kraju… Oni obaj byli zdania, że ojciec – dobry fachowiec-administrator – przydałby się w pracy dla ojczyzny! Jednak gdyśmy w listopadzie 1946 przybyli do ojca, do Paryża, z miejsca oświadczył on nam, że nie chce wracać; że jego zadaniem jest na emigracji walczyć o Wolną Polskę. Dodał, że „Stalin to nie polityk, lecz zwolennik policyjnego terroru”; i że „nie wierzy, by Kwiatkowski i mu podobni mogli długo urzymać się na swych stanowiskach”! I miał rację: już w połowie 1948 roku nastąpiły ostre czystki. Na przykład Kwiatkowski poszedł w całkowitą odstawkę, zabroniono mu nawet mieszkać na Wybrzeżu – bez posady wylądował w Krakowie…

A do nas – do matki i do mnie – zaczęły z kraju dochodzić ostrzeżenia: „Za Boga nie wracajcie! Przyszły straszne czasy!”.

W mym ukochanym Kościanie – dotąd (jak to określa słynny historyk regionalista, Jerzy ZIELONKA) „AK-OWSKIEJ WYSPIE NA MORZU CZERWONYM – „też nastąpiła ostra czystka”. Pierwszy sekretarz Komitetu Powiatowego PPR, były AK-owiec Stefan BECH, z trzaskiem wyleciał z tego stnowiska, znalazł się bez pracy. Ówczesne represje objęły 150 osób z tego regionu (???).

Kościańscy AK-owcy, ci z PPS i z PPR-u w owym okresie (rok 1947 i połowa 1948 roku) stawiali na tak zwaną narodową orientację w partii, to znaczy na Gomułkę… No i już od roku 1945 szukali dialogu z tradycyjnie mocnymi w Wielkopolsce endekami, uważając ich za skłonnych do rozsądnego dialogu z Rosją. U podstaw postaw owych kościańskich AK-owcow leżała świadomość dramatu POWSTANIA WARSZAWSKIEGO, hasło „nigdy więcej powstań, dosyć strat!”. Mowa była o „pracy pozytywnej”!!! Nie dostrzegali oni jednak, że wielkimi krokami nadchodzi KRWAWY STALINIZM!!

Ojciec mój natomiast z miejsca wyczuwał, ku czemu iść musi. Dobrze orientował się w mentalności Stalina… Miał nosa. Podziwiałem jego zdolność przewidywania. Ojciec żywił prawdziwy kult de Gaulle’a. Uważał go za najmądrzejszego z przywódców Zachodu. Podobnie jak de Gaulle, uważał, że system sowiecki upadnie, bo nie można na dłuższą metę rządzić w oparciu tylko o policję. Ale podobnie jak i de Gaulle wyczuwał, że ów upadek zajmie sporo czasu…

W paryskich dyskusjach z ojcem zastanawiałem się nad wagą – jeśli to tak można określić – „orientacji narodowej” w Związku Walki Młodych i w PZPR. Ojciec był zdania, że stalinowska policja szybko sobie da radę z tymi „nacjonalistycznymi ciągotami”… Uważał, że tylko muszący prędzej czy później nadejść kryzys gospodarczy rozwali owe czysto policyjne, z natury rzeczy ekonomicznie nieudolne, ustroje. I ojciec mój, który w tej dziedzinie w pełni podzielał opinie de Gaulle’a, miał rację… Ów nieunikniony rozpad ustrojów komunistycznych zajął pół wieku!!!

Co do mych postaw w latach 1945 – listopad 1946 (wyjazd do Paryża jeszcze na paszporcie matki – w momencie wydawania paszportu byłem jeszcze nieletni) i co do specyficznej sytuacji kościańskiej, polecam świetną książkę – mym zdaniem naprawdę bacznej i mądrej dziennikarki, Teresy MASŁOWSKIEJ – pt. ŁĄCZNIK Z PARYŻA. RZECZ O WETERANIE ZIMNEJ WOJNY… (Wydawca Instytut Im. Generała Stefana „GROTA” ROWECKIEGO, LESZNO).

Kończąc, dodam, że ów okres kościański – byłem uczniem Liceum Kościańskiego (matura: styczeń 1946) – spowodował, że do dziś czuję się na 102 Kościaniakiem. Naprawdę kocham to miasto, w mych oczach nacechowane specyficznym rozsądkiem i wielką inteligencją oraz godnym uwagi poziomem intelektualnym (patrz np. kościańska prasa – np. znakomite, żywo redagwane WIADOMOŚCI KOŚCIAŃSKIE)!

Komentarzy (0)

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 17 kwietnia 2017 r.

Utworzono 17 kwietnia 2017 przez Red. VP

Natychmiastowa reakcja na mój wczorajszy dziennik! Czytelnik pyta, czy zostałem uznany przez lekarzy za inwalidę. Z miejsca przytaczam jeden z dokumentów, jakie od lekarzy otrzymałem po mej operacji serca, która była tak pilna i okazała się tak natychmiastowo potrzebna…

Ja, niżej podpisany, dr Zbigniew Henryk Jankowski, kardiolog, lekarz prowadzący p. Macieja Morawskiego, urodzonego 20. września 1929 r., ubiegającego się o przyznanie mu statusu inwalidy „Zimnej Wojny”, oświadczam, że jego aktualny stan zdrowia kardiologiczny jest spowodowany szykanami ze strony komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa… W wyniku inwigilacji tych samych służb, ŻONA Macieja Morawskiego poniosła poważne uszczerbki na zdrowiu… Uważam, że pan Maciej Morawski winien być uznany za weterana. KONIEC CYTATU.

Jak już – o ile pamiętam – pisałem w mych dziennikach, o status weterana zimnej wojny zabiegam w pierwszym rzędzie ze względu na stan zdrowia mej młodszej ode mnie ŻONY… Chodzi mi o zapewnienie jej na wszelki wypadek odpowiedniej opieki… O uznanie przyczyn jej stanu zdrowia…

Jestem dziennikarzem. A więc na łamach mych dzienników oraz na łamach VECTORA POLONII ośmielam się apelować w tej sprawie do władz naszej prześwietnej RP. Rzecz w tym, że zawsze sprawy stawiam publicznie i jawnie! Może ktoś zareaguje? Problem pchnie na właściwy tor???
Dodam, że zapewne mój i mej żony casus nie jest jedynym!!! Przed laty śp. minister Janusz KRUPSKI (1951 – 10 kwietnia 2010) powiedział mi, że rozważa pewną liczbę tego typu spraw. I że to będzie załatwione!

Ośmielam się apelować, by ktoś w końcu tę sprawę STATUSU INWALIDÓW ZIMNEJ WOJNY TERAZ WRESZCIE ZAŁATWIŁ (WYDAŁ ODPOWIEDNIE KARTY INWALDÓW ZIMNEJ WOJNY)…

Komentarzy (0)

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 16 kwietnia 2017 r.

Utworzono 16 kwietnia 2017 przez Red. VP

Ostatnio w związku z mym dziennikiem z 14 4 2017 dotyczącym ZIMNEJ WOJNY, bardzo wybitny czytelnik, człowiek niewątpliwie o wysokim ilorazie inteligencji, pisze mi: „Zimna wojna była jednak tylko zimną wojną. W słowie ‚wojna’ są ofiary, w słowie ‚zimna’ brak frontowych ataków. Ofiary zimnej wojny to kropla w morzu ofiar komunizmu. I takie stwierdzenie nie jest próbą umniejszania Twego cierpienia, którego zmniejszyć nic nie może. Nie zgadzam się również, że zbrodnia katyńska była absurdalna. Jest ona jednym z etapów sowieckiego i niemieckiego planu eksterminacji polskich elit. To skuteczne wytępienie polskiej inteligencji jest do dziś odczuwalne, i to tylko jedno ze zwycięstw wrześniowych najeźdźców”. Koniec cytatu.

Z kolei inny czytelnik, swego czasu bojowy opozycjonista, pisze mi: „To, że Pan jest weteranem, wielu daje na nerwy. Tych, co na serio komunie dobierali się do skóry, jak Pan wyciągali na światło dzienne fakty starannie ukrywane przez władzę, było niewielu. Hasłem bardzo licznych było ‚siedź na d… i nie podskakuj – narzekaj, ale w domu, wobec władzy udawaj, że przytakujesz’. Ostrą walkę z komuną, bój o prawdę prowadziła mała grupka. Dlatego fakt, że Pan także i rodzinnie jest weteranem, wielu byłych faktycznych oportunistów drażnić może…?” Koniec cytatu…

Na te listy odpowiem, z NAJWYŻSZYM ZAŻENOWANIEM!!! Nagle zrozumiałem, że robię z siebie OFIARĘ!!! Przejęty np. chorobą mej żony, chcąc za wszelką cenę uwydatnić to, że moja walka była jednak siłą rzeczy trudna (patrz np. casus Piotra Jeglińskiego, którego ponoć ONI jednak chcieli zabić ???); chcąc z przyczyn rodzinnych uzyskać dla siebie i tym samym dla żony (!!!) status weterana zimnej wojny ZA BARDZO SIĘ TYM WETERAŃSTWEM AFISZOWAŁEM!!! TOUTE VERITE N’EST PAS FORCEMENT BONNE A DIRE!!! (DODAM, ŻE MOŻE W KONCU, PÓKI JESZCZE ŻYJĘ, KTOŚ MI W TYM JEDNAK POMOŻE…).

CO DO MEJ WALKI O PRAWDĘ, co do mego boju o rzetelną informację, o prawdziwy obraz stanu rzeczy w PRL-u, to sam tę drogę wybrałem… Z temperamentu byłem i jestem „dziennikarzem informacyjnym”!!! Zawsze uważałem, NACHRICHTENDIENST IST EIN HERRENDIENST”… Walka z zakłamaniem zawsze była mym zadaniem najwyższej wagi. Wszak narzucony nam przez ZSRR reżym totalitarny dosłownie OPIERAŁ SIĘ NA ZAKŁAMANIU. Ujawnianie prawdy wstrząsało jego podstawami. Dobrze pamiętamy, jak kolosalną rolę odegrały np. rewelacje Józefa Światły… A wręcz bezcennym wkładem w historię owych czasów są po dziś dzień wywiady tak mi drogiej śp. Teresy Torańskiej…

Tyle na dziś o tych sprawach! Może tylko jeszcze jedno. Jeśli napisałem, że zbrodnia katyńska była absurdalna, to dlatego, że ten mord jednak w gruncie rzeczy rzucił dodatkowe, bardzo mocne światło na zbrodnicze sowieckie metody ludobójstwa… Wiem też, że np. władze USA – choć udawały, że wierzą, że chodzi o zbrodnię niemiecką – znały prawdę. Były nią przerażone, choć za nic do pewnego momentu nie chciały ze Stalinem zadzierać (z początku, bo niesłusznie uważały, że mogą potrzebować ZSRR do wykończenia Japonii /???/).

Komentarzy (0)

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 13 listopada 2016 r.

Utworzono 14 listopada 2016 przez Red. VP

dsc07686Dziś muszę sprostać szczegolnie trudnemu zadaniu! Po pierwsze (znakomity) reżyser, który obecnie w firmie bardzo mi drogiego i tak przeze mnie cenionego Mirka Chojeckiego kręci film o mnie. stanowczo domaga się, bym wyjaśnił dlaczego od 20. lat żyję samotnie, dlaczego nastąpiła moja separacja z mą ukochaną żoną. Odpowiadam na to pytanie niechętnie! Wszak chodzi tu o sprawy bardzo delikatne i osobiste… W przeszłości bardzo mi bliscy członkowie czy członkinie mej rodziny – moim zdaniem niesłusznie – zarzucali mi, że zbyt łatwo „wykładam kawę na ławę”… Stwierdzam „niesłusznie”, bo zawsze w myśl wskazówek mego ojca unikałem „rewelacji” mogących rzucić cień na osoby trzecie… Co do problemu z mą ukochaną (mocno to podkreślam) żoną, to napiszę jedno. Gdy za mnie wychodziła za mąż, nie wiedziała, że prowadzę życie jednak dość niebezpieczne, że PRL uważa mnie za „szpiona” i z jako takim ze mną walczy. Tak, jest chyba jasne, że na zdrowiu mej żony bardzo poważnie zaciążył okres nagonek, oskarżeń i prób zastraszania, fakt, że „czerwony” mnie i tym samym mą rodzinę kalumniował i niszczył… Jak mawiał mi pewien wybitny psychiatra, np. u byłych więźniów „kacetów” załamania psychiczne nieraz pojawiały się po latach, nieraz w okresie menopauzy…

Tak więc teraz od 26 (?) lat mieszkam w Paryżu sam. Początkowo mieszkałem z mą ukochaną corką Natalią… Od jej ślubu samotnie zajmuję koło Porte de Saint Cloud niewielkie mieszkanko. Sam sobie gotuję. Dwa razy w tygodniu korzystam z pomocy „pomocy domowej”, 5 razy w tygodniu mnie, inwalidę, odwiedzają pielęgniarki…

Z kolei poruszę teraz mój dziesiejszy drugi temat. Odpowiedź ta – tak się składa – uzupełnia temat pierwszy! Otóz czytelnik z Warszawy pisze mi „poufnie Ci donoszę, iż pewien wybitny i uzdolniony Wolnoeuropejczyk z tak zwanego naboru profesora Najdera, kpi sobie z Ciebie, po podajesz się nie wiadomo dlaczego za inwalidę. Twierdzi, że gdy pracował w RWE w Monachium ‚żadne UB go nie zastraszało’”!!! Moja odpowiedź prosta. Już w sierpniu w Warszawie przeżyłem szok nerwowy, ostrożnie mówiac w zetknięciu z pijanymi, gwałcącymi wielu żołnierzami podlegającej SS brygady RONA Bronisława Kamińskiego. (W czasie powstania warszawskiego Kamiński konkurował pod względem okropności zbrodni z Dirlewangerem). Rosyjscy żołdacy formacji Kamińskiego, już wtedy zdawali sobie sprawę, że postawili na złego konia, że Hitler przegrywa… Ogarnęła ich jakaś „psychopatia”, rabowali i dokonywali na Polakach niesamowitych zbrodni… Pamiętam, że już na tak zwanym Zieleniaku stary niemiecki żandarm powiedział mi o nich: diese leute sind ganz verruckt …?

A co do mej pracy w Paryżu dla RWE, to byłem długo „korespondem informacyjnym”. Przypomnę, że np. 25 2 1979 Jan Nowak pisał do mnie z Waszyngtonu, iż kilka moich raportów dotyczących wzmocnienia się ruchu frakcyjnego wewnątrz partii miało dlań wielkie znaczenie z rozmowach z wysokimi czynnnikami USA, a to w związku z projektem zaproszenia na jesieni tegoż roku Gierka do Stanów… A ze swej strony szef ewaluacji napływających z Polski do RWE tajnych wiadomości, Kazimierz Zamorski w swej książce pt. „Pod Anteną RWE”, pisząc o nas, korespondentach informacyjnych, stwiedził: „a już rekord wytrwałości – jakości i ilości – osiągnął Maciej Morawski…”. Tak, byłem w oczach „czerwonego” czołowym szpionem RWE. Miałem wysoko postawionych tajnych informatorów, takich jak np. Jerzy Zawieyski czy Kostek Łubieński. Także bywali to nieraz ludzie wysoko np. w partii postawieni… Wobec niektórych podjąlem solenne zobowiązanie, że NIGDY ich nazwiska nie ujawnię… Zgodnie z poleceniem Nowaka, po dziś dzień pozostaję i pozostanę temu zobowiązaniu wierny… (Rzecz w tym, że np. wysokiej rangi działacze chcieli, by w związku z walkami frakcyjnymi w partii pewne informacje do RWE docierały, nie chcieli jednak, by kiedykolwiek wyszło, że byli wobec PZPR-u nielojalni…) No i zgoła rewelacyjne, zdumiewająco dogłędne informacje o stanie rzeczy np. w kierownictwie PRL-u dostarczał mi paryski przedstawiciel lubelskich „Spotkań”, przez Jana Nowaka gorąco mi polecony bohaterski Piotr JEGLIŃSKI… Jak teraz już wiadomo, UB planowało zabić (otruć?) Jeglińskiego w Paryżu. Czy mnie też chciano tak zlikwidować, nie wiem… Tego, czy też porwania córki bała się moja żona… Jedno pewne: te lub inne czerwone służby bezustannie próbowały mnie i moją żonę zastraszyć… Metody walki czerwonych służb na szczęście od lat znałem na pamięć. Już w roku 1954, będąc studentem w Kolegium Wolnej Europy w Strasburgu straciłem obiecane mi uprzednio stydendium doktoranckie na poliitoligię w USA (zdaje się w Notre Dame) w wyniku donosu (jak póżniej twierdzono UB-ckiego), że jestem homoseksualistą. I że w roku 1945 byłem w Kościanie (mając 15 lat) groźnym komunistą…

Komentarzy (0)

Tags: , , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 27 września 2016 r.

Utworzono 28 września 2016 przez Red. VP

DSC02279Z miejsca zajmę się dużej wagi pytaniem czytelnika! Pisze on: „Jak tłumaczą się dwa fakty – po pierwsze, jak doszło do tego, że nasz sztab w roku 1939 uważał na serio, że uda nam się przez jednak dość długi okres stawić czoła Niemcom; nie dostrzegł, iż czołgi Wehrmachtu przerwą nasze linie obrony w ciągu trzech dni? Jak jest możliwe, że podczas gdy wszyscy (/?/ – mój, MM, znak zapytania…) wiedzieli, że Hitler dogadał się ze Stalinem, że ZSRR wtargnie do Polski – nasz rząd takiej ewentualności nie brał pod uwagę?!”. „Hyper Poland” –

Nie jestem w stanie na te 2 pytania jasno odpowiedzieć! Pamiętam, że już w lat kilka po wojnie, kapitan Ryszard Wraga, b. spec naszej „dwójki” od spraw sowieckich (postawił mi tu kiedyś obiad w świetnej restauracji) zapewniał, iż ostrzegał Rydza i Becka, że Stalin zada nam cios w plecy! Ale zarówno Beck jak i Rydz ufali ocenom ambasasora RP w Moskwie, Wacława Grzybowskiego, który np. błędnie interpretował pakt Ribbentrop-Mołotow, i był całkowicie zaskoczony przez to, co zaszło 17 września 1939…

Dlaczego Rydz i jego sztab, oraz przecież będący sam też pułkownikiem Beck, nie brali pod uwagę ostrzeżeń pułkowników Witolda Dzierżykraj-Morawskiego i Antoniego Szymańskiego, bardzo świadomych mocy przewidywalnego błyskawicznego ataku hitlerowskich dywizji czołgowych (?) – jest dla mnie po dziś dzień zagadką! Myślę, że najbardziej powołanym, aby na to trudne pytanie odpowiedzieć, jest profesor dr hab. Aleksander WOŹNY, bardzo wybitny historyk wywiadu i naszej armii. Od siebie, kończąc, dorzucę może tylko, iż superumiarkowany w swych opiniach pułkownik Stanisław Gano w czasie naszych rozmów (przed sześćdziesięciu kilku laty), prowadzonych w jego kawalerce na rue du Laos (Paryż, 15-ta dzielnica) mawiał mi: „Sztab Rydza uważał się za wielce doświadczony i inteligentny i głosił, że oficerowie dwójki z reguły przesadzają”…

Korekta: AP

Komentarzy (0)

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 25 września 2016 r.

Utworzono 26 września 2016 przez Red. VP

DSC02282W numerze pisma NEWSWEEK HISTORIA (wrzesień 2016) znalazłem bardzo godny uwagi, poruszający temat (także i z przyczyn – powiedziałbym – rodzinnych, żywo mnie interesujący) – artykuł tego wybitnie zdolnego człowieka, jakim jest Zdzisław Najder, pt. „Pułkownik Józef Beck”. Z miejsca tu wyjaśnię, że 31 Grudnia 1934 r. Beck mego ojca (wówczas podsekretarza stanu) wyrzucił z MSZ-tu – 42-letniego człowieka „przeniósł na emeryturę, z obniżeniem na pożegnanie stopnia służbowego”.

Najder niewątpliwie wysoko ceni Becka! Pisze m. in.: „Najczęściej przypomina się jego dumną wypowiedź o honorze cenniejszym od życia. Wbrew pozorom, decyzja ubrana w te słowa wynikała ze świadomości tragedii, która musi się rozegrać i przed którą nie ma odwrotu. Można dyskutować o jego skuteczności dyplomatycznej, drwić z mocarstwowej retoryki. Jednak 5 maja 1939 wskazał wartości, które okazały się prawdziwe, bo doprowadziły nas do wolności i demokracji w Europie”…

Gdy chodzi o mnie, to sprawę widzę nieco inaczej. Wydaje mi się, iż w roku 1939 można było jednak „próbować zyskać na czasie”, pójść na pewne ustępstwa. Oddać Gdańsk i jakiś „korytarz przez korytarz”… Mój radiowy kolega Wacio Zbyszewski głosił, że „o niebo mądrzejszy od Becka, a w pewnym momencie przewidywany na ministra spraw zagranicznych książę Janusz Radziwiłł umiałby mądrze grać na zwłokę. Zapobiec temu, by Polska jako pierwsza padła ofiarą hitlerowskiego ataku”.

A mój wuj Józio Lipski, gdy po wojnie odwiedzałem go w Londynie, przyznawał, że Beck był zdania, że polska armia potrafi stawić czoła Wehrmachtowi przez co najmnej 6 miesięcy. W każdym razie do czasu, gdy „Zachód podejmie (przewidziane?) ofensywne działania.”

Wiosną 1939 w naszym mieszkaniu w Warszawie przy ulicy Zimorowicza 4 odwiedzał nas przybywający dość często, bodajże z lwowskiego dowództwa korpusu, wuj Witold Dzierżykraj-Morawski (pułkownik WP, attaché militaire w Berlinie w latach 1928-1932). Wracając z posiedzeń sztabu, mawiał: „Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać – jacyś idioci ze sztabu Rydza lekceważą sobie czołgi Hitlera, mówią wystarczy zakopać brony, a czołgi nie przejadą; wszelkie głosy rozsądku uważają za defetyzm, naprawdę wierzą, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi!, rozumują kategoriami sprzed kilkunastu lat, jeszcze do nich nie doszło, że wobec obecności czołgów szarże kawaleryjskie są już bezsensowne, że kawaleria już stała się de facto na wojnie mało skuteczną…”.

Ze swej strony mój ojciec zdumiewał się tym, iż jeszcze chyba w połowie roku 1939 w polskim MSZ-cie i w pewnym stopniu również w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych panowało przekonanie, że wojna nie wybuchnie przed rokiem 1941! Jak się zdaje, rzecz w tym, że hr. Ciano w dobrej wierze i oczywiście w tajemnicy poinformował Becka o powziętym przez Hitlera wobec Mussoliniego zobowiązaniu, że nie rozpęta wojny światowej przed 1941 rokiem! Dodam, iż wedle mego ojca tylko dwóch wysoce inteligentnych „dygnitarzy” naszego ówczesnego MSZ-tu: Józef Potocki i Mirosław Arciszewski czuli pismo nosem i widzieli, że wojna czai się tuż, tuż za rogiem…

Ojca mego mocno irytowała skądinąd też euforia w sferach wojskowych. We „Wspólnej Drodze z Rogerem Raczyńskim” (Wyd. Poznańskie, 1998) pisze: „Sąsiadujący ze mną na jakimś oficjalnym obiedzie gen. Roman Abraham tłumaczył mi, że w razie wybuchu wojny wkroczy 10. dnia na czele swych ułanów do Berlina”. Ojciec mój podkreślał też, że tylko generał Franciszek Wład i płk Witold Morawski nie ukrywali w rozmowach w 4 oczy niesamowitej niewspółmierności sił polskich i niemieckich. Jak mogę stwierdzić na postawie mych paryskich rozmów z pułkownikiem Gano i kapitanem Wragą, Beck mocno przeceniał moc polskiej armii, no i ufał zapewnieniom Rydza i całej naszej absurdalnej propagandzie sukcesu: NIKT NAM NIE ZROBI NIC… Wedle trudnych do sprawdzenia pogłosek, to rzekomo dopiero w Bukareszcie Beck „wygadywał na Rydza, mawiał, że gdyby wiedział, że nasza armia w tydzień się de facto rozleci, grałby nieco inaczej… Co do sowieckiego ciosu w plecy, to ponoć od dawna przewidział go wydział wschodni naszej świetnej „dwójki” i szef owego wydziału, kapitan Ryszard Wraga. Jednak ponoć Beckowi mąciła w głowie przekonana o neutralności ZSRR nasza nabijana przez sowieciarzy w butelkę ambasada w Moskwie.

Wracając do Piłsudskiego, to odnotuję tylko, że ponoć pani marszałkowa Piłsudska zanotowała w swym dzienniku: „Wojna z Niemcami była koszmarem, który dręczył mego męża nieustannie”. Skądinąd kilku mych wujów zaliczało się do przyjaciół pułkownika Walerego Sławka… On to rzekomo przekazywał Marszałka opinię : „Nadchodzą ciężkie lata”. Trzeba będzie improwizować i grać na zwłokę, równocześnie i śmiało, i chytrze, a beze mnie oni tego nie potrafią. Piłsudski ponoć też ostrzegał przed naszymi generałami. Mawiał: „Są oni wierni, ale mierni. Mało co rozumieją…”.

Kończąc, dodam, że samobójstwo Walerego Sławka było wynikiem jego przekonania, że „nawalił”, nie zdołał wykonać poleceń marszałka, dał się wykołować przez Rydza (którego nie cenił jako wojskowego), Becka i Mościckiego…

Komentarzy (0)

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 17 września 2016 r.

Utworzono 17 września 2016 przez Red. VP

Morawski foto 1 (1)Francuski intelektualista spędził kilkanaście dni w Polsce. Jego zdaniem polskie sfery polityczne, zaabsorbowane bez reszty swymi sporami i rozgrywkami, nie dostrzegają ogromu zagrożeń, które widzą – choć częściowo przemilczają, by nie wywoływać zawsze szkodliwej paniki – czołowi mężowie stanu Zachodu… Te w Polsce nie do końca dostrzegane zagrożenia, to np. – lecz nie tylko – niezaprzeczalny już fakt, że terroryzm to nowoczesna, mogąca stać się niezwykle groźną, forma wojny! Dalej Polacy nie zdają sobie rozumieć ogromu problemów piętrzących się przed Unią Europejską. Problemów politycznych i ekonomicznych. A przecież Unia szczególnie teraz, gdy w USA narasta izolacjonizm (?), to gwarant bezpieczeństwa „nas wszystkich”!

Rozmówca stwierdza jednak, że spotkał polskich studentów naprawdę na światowym poziomowe i świadomych tego, co w świecie i w Europie zachodzi i zajść może!

Tyle o tej rozmowie, która zdaje się potwierdzać pewne moje własne obserwacje!

Komentarzy (0)

Tags: , , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 16 września 2016 r.

Utworzono 16 września 2016 przez Red. VP

DSC02290Jest prawdą, że – jak by to najprościej powiedzieć – że powoli zaczynam zamykać mego życia rachunki! Składam hołd pamięci wspaniałych Polek, które dobrze mnie i moją walkę o kult emigracyjnej przeszłości, np. także mą miłośc do Domu w Lailly-en-Val, do tamtejszego cmentarza – rozumiały. Składam hołd pamięci Marii z Mackiewiczów Kaczyńskiej i Izabeli z Głowackich Tomaszewskiej!

Cieszę sie z faktu, iż wybitny polski uczony, profesor dr Rafał Habielski interesuje się złożonym w zwanej Mickiewiczowską Bibliotece Polskiej na Wyspie Św. Ludwika w Paryżu – moim zdaniem z historycznego punktu widzenia rewelacyjnym (!) – archiwum mego ukochanego ojca i naszej AMBASADY WOLNEJ POLSKI. Raduje mnie, iż błyskotliwie inteligentna Ela Skoczek zbiera materiały, pisze o Józiu Czapskim, któremu ja tyle (!) zawdzięczam, który przed laty otworzył przede mną nowe horyzonty. Otaczał mnie i me lektury swą czujną opieką intelektualną. Dzięki niemu poznałem tylu ciekawych ludzi, np. Curzio Malapartego, Juliena Greena, Roberta de Saint-Jean, Jerzego Zawieyskiego, Jerzego Andrzejewskiego, Henryka Hollanda, Jamesa Burnhama (który jasno dostrzegał nadchodzący koniec komumizmu), a także np. Misię Sert (już wóczas niemłodą), Jeanne Hersch, Auberona Herberta, Józefa Zielickiego…

Ale pora, bym z kolei zaznaczył, iż obok mego ojca i Józia Czapskiego czołową rolę odegrał Jan Nowak, mój Dyrektor, nauczyciel i opiekun. To jemu i jego zaufanemu zastępcy, mojemu kuzynowi Zygmuntowi Michałowskiemu zawdzięczam kluczową mego życia wielką przygodę! Mą długoletnią pracę korespodenta RWE („szpiona” wedle komuny). Tak, Nowak miał długo codzienny telefoniczny kontakt ze mną; poźniej, gdy wyjechał już do USA, stale posyłałem mu tajne informacje z kraju. Wlał on w me serce zasady bezstronności i obiektywności, nauczył mnie, jak gadać z ludźmi niekiedy całkowicie lub częściowo z tamtej strony. Dobrze wiedział, że pewne rewelacyjne informacje podsyłały w ramach walki o władzę pewne frakcje partyjne (być może, iż pewne dane o siuchtach ludzi Gierka nawet podrzucał nam Moczar, wówczas już tylko prezes Najwyższej Izby Kontroli…).

Chcę także w tym „rozliczeniu” hołd złożyć Stanisławowi Gebhardtowi, który wciągnął mnie do ruchu młodzieżowego chadecji. Jesienią 1955 zostałem prezesem (po Janku Kułakowskim) Zjednoczenia Polskiej Młodzieży Chrześciańsko-Społecznej, czyli sekcji polskiej Międzynarodówki Młodych Chrześcijańskich Demokratów. (W pewnym okresie Gebhardt był sekretarzem generalnym tej tak wówczas ważnej Międzynarodówki, zajmował więc kluczowe międzynarodowe stanowisko!). Wówczas – w oparciu o mego opiekuna duchowego, jezuitę Ojca Charlesa Huvenne i o wtedy przezeń de facto kierowaną Conférence Olivaint (elitarne stowarzyszenie studentów francuskich) – organizowaliśmy udział wycieczek młodzieżowych z warszawskiego KIK-u w słynnych uniwersytetach letnich na wyspie Port-Cros (koło Tulonu). A wynajęte na moje nazwisko paryskie mieszkanie stanowiło z kolei nieformalny klub dla młodzieży z kraju. Z Gebhardtem – z ciekawych ludzi – był zaprzyjaźniony i po cichu współpracował Zbigniew Herbert. Dzięki Gebhardtowi poznałem wielu wybitnych chadeków z różnych krajów świata, np. Niemców: Helmutha Kohla i Ernsta Majonica, licznych Włochów, takich jak np. senator Angelo Bernassola… Gebhardt i Janek Kułakowski należeli do tej maleńkiej grupy polskich polityków emigracyjnych, którzy na co dzień byli w kontakcie z przywódcami jednej z wielkich partii Zachodu. Duże stosunki mieli Edward Raczyński, także przyjaciel prezydenta Kennedy’ego, Józej Potocki, a także bliski francuskiego Quai d’Orsay oraz de Gaulle’a i gaullistów mój ojciec, ale to było już coś zgoła innego. Rzecz jasna ogromne wpływy mieli Józio Czapski i Kocik Jeleński, ale ich stosunki były głównie otwarciem na „najwyższy” świat intelektualny Zachodu…

Kończąc to „rozliczenie”, chcę jeszcze podreślić mój kult autentycznie szlachetnych staropolskich i rycerskich polskich tradycji, jakich ośrodkiem jest od 150 lat MONTRESOR – ów zamek-muzeum i skupione wokół potomków Branickich i rodu Reyów- tych po Mikołaju z Nagłowic, i ich krewnych czy przyjaciół – środowisko.

Komentarzy (0)



środa, 8 kwietnia, 2020

  • Pogoda w Paryżu



    Niestety aktualne dane pogodowe nie są dostępne!


     
  • Kurs walut

  • Newsletter Vector Polonii

  • Partner: ASSOCIATION YOT-ART