Blog | SPOŁECZEŃSTWO

Tags: , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 11 października 2016 r.

Utworzono 11 października 2016 przez Red. VP

DSC02278Z miejsca(!) dotarły do mnie dwie samorzutne, godne uwagi reakcje na mój najnowszy dziennik… Mój kuzyn, świetny pisarz i dziennikarz radiowy Tadeusz Fredro-Boniecki (człowiek, któremu wiele zawdzięczam, gdy szło o kontakty z Polskim Radiem) pisze mi m.in.: „Na pewno wywiad z Martą Kaczyńską jest ważnym wydarzeniem – ciekawe, czy będzie zauważony w polskich mediach, choć dziś trudno powiedzieć, czy ona może odegrać jakąś rolę w polityce”.

A jakiś warszawski naukowiec (prosi, bym nie przytaczał jego nazwiska) jest zdania, że Pani Marta ma nogi na ziemi i najwyraźniej widzi co się święci. A sprawa prosta. Pewne skrajnie prawicowe kręgi zazdroszczą PIS-owi; celowo rzuciły mu pod nogi idiotyczny, mało w naszej epoce realny pomysł ustawy całkowicie zakazującej aborcję! Cała ta sprawa to po prostu spisek. Mądrzy księża świetnie to wyczuwają. Skrajnie prawicowi radykałowie w gruncie rzeczy pracują dla lewicy! Dlaczego – to złożona sprawa, dużo w niej zazdrości, ale zapewne kryje ona też jakieś inne mętne zagrywki. No i do tego zawsze bywają tacy, którzy chcą wszystkich przelicytować w (pseudo) niezłomnośći!

Tyle na dziś!

Komentarzy (0)

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 10 października 2016 r.

Utworzono 10 października 2016 przez Red. VP

Morawski foto 1 (2)Samo narzuca się pytanie: CZY MARTA KACZYŃSKA ODEGRA W POLSCE ROLĘ TROSZKĘ (!) JAKBY ZBLIŻONĄ (CHOĆ SYTUACJA I POSTAWY OBU PARTII SĄ ZGOŁA INNE!) DO TEGO, CO WE FRANCJI DOKONYWUJE MARINE LE PEN? Czy Marta Kaczyńska swym oddziaływaniem unowocześni PIS, zahamuje proces „zjeżdżania” tej partii na tor posunięć wyrażnie myszką trącących, niepopularnych, odstraszających od niej wyborców?

Wczoraj wielki francuski dziennik niedzielny, uchodzący za poważny i „czujący pismo nosem” LE JOURNAL DU DIMANCHE przyniósł z miejsca muszący jednak chyba wzbudzić w naszym kręgu polonijnym pewną sensację wywiad z Martą Kaczyńską (podobnie jak Marine Le Pen, prawnikiem z wykszałcenia). Wywiad nosi tytuł „L’Union Européenne diabolise la Pologne”.

Odpowiadając na pytania dziennikarza, Marta Kaczyńska jasno daje wyraz przekonaniu, że w sferze Unii Europejskiej ktoś stwarza nieprzychylne obecnym polskim władzom mity i owe władze „diabolizuje”… Równocześnie jednak z owego tekstu wynika, że jest ona przeciwną koncepcji brutalnego zakazu aborcji oraz jest niewątpliwie zdania, że dotycząca tej sprawy ustawa z roku 1993 stanowiła dość rozsądny kompromis. Wyraźnie chyba wie, że de facto całkowity zakaz aborcji stwarzałby sytuację dla kobiet niebezpieczną! Otwierał drogi tajnym, nieraz mało sprawnym, a łasym na pieniądze „akuszerkom”.

Marta Kaczyńska najwyrażniej uważa także, że polskie kobiety, zdecydowane i odważne, mogą stać się ogromną siłą poliyczną.

Tyle w wielkim skrócie i mymi słowami o tej tak ważnej wypowiedzi Marty Kaczyńskiej. Dodam, że gdy rano przy kawie w kawiarni na Porte de Saint-Cloud przeglądając, jak co niedziela, Le Journal du Dimanche, trafiłem na ten wywiad pani Marty, bardzio się ucieszyłem… Wszak tak ceniłem, tak byłem przywiązany do Marii z Mackiewiczów Kaczyńskiej (i także do jej najbliższej wspólpracownicy, Izabeli z Głowackich Tomaszewskiej).

Telefonowałem z miejsca do kraju, by o owym wywiadzie w Martą Kaczyńską kilku osobowom powiedzieć. Bliskie mi osoby z „mego wiernego polskim tradycjom kręgu”, do których mam wielkie zaufanie, powiedziały mi – o ile dobrze zrozumiałem – dwie rzeczy: po pierwsze, że naturalnie całkowity zakaz aborcji jest groźnym absurdem, ale że jednak ustawa z roku 1993 wymaga „adjustacji” (dostosowania – przyp. Red.), bo de facto„faworyzuje chcące płód spędzić osoby zamożne”…; po drugie, że nasza bardzo skrajna prawica wpadła w tonację wypowiedzi absurdalnie i groteskowo przesadną, wręcz śmiesznie histeryczną i „prowicjonalną”.

A gdy chodzi o paryską Polonię, to zdołałem zdobyć tylko jedną opinię. Osoba stąd – jak twierdzi, dobrze w sprawach krajowych zorientowana, zwolenniczka PIS-u – jest zdania,że cały ten „groteskowy pomysł całkowitego zakazu aborcji, jest godzącą w PIS zręczną prowokacją”. Mówi też, że w kręgach skrajnej prawicy kryją się znani jej od lat „bardzo dziwni” ludzie… Dodaje enigmatycznie, swej myśli nie precyzując, iż niektórzy nasi radykałowie niechętni „zachodnim nowinkom – i w gruncie rzeczy także całemu stylowi zachowania się (?) papieża Franciszka – mają, i to nie od dziś, czasem zaskakujące „wschodnie sympatie…”. Na tym stanowczo (!) zakańcza rozmowę, dodając, że jako stary dziennikarz winienem cały ten stary już problem „mieć w małym palcu”…

Korekta: AP

Komentarzy (0)

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 25 września 2016 r.

Utworzono 26 września 2016 przez Red. VP

DSC02282W numerze pisma NEWSWEEK HISTORIA (wrzesień 2016) znalazłem bardzo godny uwagi, poruszający temat (także i z przyczyn – powiedziałbym – rodzinnych, żywo mnie interesujący) – artykuł tego wybitnie zdolnego człowieka, jakim jest Zdzisław Najder, pt. „Pułkownik Józef Beck”. Z miejsca tu wyjaśnię, że 31 Grudnia 1934 r. Beck mego ojca (wówczas podsekretarza stanu) wyrzucił z MSZ-tu – 42-letniego człowieka „przeniósł na emeryturę, z obniżeniem na pożegnanie stopnia służbowego”.

Najder niewątpliwie wysoko ceni Becka! Pisze m. in.: „Najczęściej przypomina się jego dumną wypowiedź o honorze cenniejszym od życia. Wbrew pozorom, decyzja ubrana w te słowa wynikała ze świadomości tragedii, która musi się rozegrać i przed którą nie ma odwrotu. Można dyskutować o jego skuteczności dyplomatycznej, drwić z mocarstwowej retoryki. Jednak 5 maja 1939 wskazał wartości, które okazały się prawdziwe, bo doprowadziły nas do wolności i demokracji w Europie”…

Gdy chodzi o mnie, to sprawę widzę nieco inaczej. Wydaje mi się, iż w roku 1939 można było jednak „próbować zyskać na czasie”, pójść na pewne ustępstwa. Oddać Gdańsk i jakiś „korytarz przez korytarz”… Mój radiowy kolega Wacio Zbyszewski głosił, że „o niebo mądrzejszy od Becka, a w pewnym momencie przewidywany na ministra spraw zagranicznych książę Janusz Radziwiłł umiałby mądrze grać na zwłokę. Zapobiec temu, by Polska jako pierwsza padła ofiarą hitlerowskiego ataku”.

A mój wuj Józio Lipski, gdy po wojnie odwiedzałem go w Londynie, przyznawał, że Beck był zdania, że polska armia potrafi stawić czoła Wehrmachtowi przez co najmnej 6 miesięcy. W każdym razie do czasu, gdy „Zachód podejmie (przewidziane?) ofensywne działania.”

Wiosną 1939 w naszym mieszkaniu w Warszawie przy ulicy Zimorowicza 4 odwiedzał nas przybywający dość często, bodajże z lwowskiego dowództwa korpusu, wuj Witold Dzierżykraj-Morawski (pułkownik WP, attaché militaire w Berlinie w latach 1928-1932). Wracając z posiedzeń sztabu, mawiał: „Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać – jacyś idioci ze sztabu Rydza lekceważą sobie czołgi Hitlera, mówią wystarczy zakopać brony, a czołgi nie przejadą; wszelkie głosy rozsądku uważają za defetyzm, naprawdę wierzą, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi!, rozumują kategoriami sprzed kilkunastu lat, jeszcze do nich nie doszło, że wobec obecności czołgów szarże kawaleryjskie są już bezsensowne, że kawaleria już stała się de facto na wojnie mało skuteczną…”.

Ze swej strony mój ojciec zdumiewał się tym, iż jeszcze chyba w połowie roku 1939 w polskim MSZ-cie i w pewnym stopniu również w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych panowało przekonanie, że wojna nie wybuchnie przed rokiem 1941! Jak się zdaje, rzecz w tym, że hr. Ciano w dobrej wierze i oczywiście w tajemnicy poinformował Becka o powziętym przez Hitlera wobec Mussoliniego zobowiązaniu, że nie rozpęta wojny światowej przed 1941 rokiem! Dodam, iż wedle mego ojca tylko dwóch wysoce inteligentnych „dygnitarzy” naszego ówczesnego MSZ-tu: Józef Potocki i Mirosław Arciszewski czuli pismo nosem i widzieli, że wojna czai się tuż, tuż za rogiem…

Ojca mego mocno irytowała skądinąd też euforia w sferach wojskowych. We „Wspólnej Drodze z Rogerem Raczyńskim” (Wyd. Poznańskie, 1998) pisze: „Sąsiadujący ze mną na jakimś oficjalnym obiedzie gen. Roman Abraham tłumaczył mi, że w razie wybuchu wojny wkroczy 10. dnia na czele swych ułanów do Berlina”. Ojciec mój podkreślał też, że tylko generał Franciszek Wład i płk Witold Morawski nie ukrywali w rozmowach w 4 oczy niesamowitej niewspółmierności sił polskich i niemieckich. Jak mogę stwierdzić na postawie mych paryskich rozmów z pułkownikiem Gano i kapitanem Wragą, Beck mocno przeceniał moc polskiej armii, no i ufał zapewnieniom Rydza i całej naszej absurdalnej propagandzie sukcesu: NIKT NAM NIE ZROBI NIC… Wedle trudnych do sprawdzenia pogłosek, to rzekomo dopiero w Bukareszcie Beck „wygadywał na Rydza, mawiał, że gdyby wiedział, że nasza armia w tydzień się de facto rozleci, grałby nieco inaczej… Co do sowieckiego ciosu w plecy, to ponoć od dawna przewidział go wydział wschodni naszej świetnej „dwójki” i szef owego wydziału, kapitan Ryszard Wraga. Jednak ponoć Beckowi mąciła w głowie przekonana o neutralności ZSRR nasza nabijana przez sowieciarzy w butelkę ambasada w Moskwie.

Wracając do Piłsudskiego, to odnotuję tylko, że ponoć pani marszałkowa Piłsudska zanotowała w swym dzienniku: „Wojna z Niemcami była koszmarem, który dręczył mego męża nieustannie”. Skądinąd kilku mych wujów zaliczało się do przyjaciół pułkownika Walerego Sławka… On to rzekomo przekazywał Marszałka opinię : „Nadchodzą ciężkie lata”. Trzeba będzie improwizować i grać na zwłokę, równocześnie i śmiało, i chytrze, a beze mnie oni tego nie potrafią. Piłsudski ponoć też ostrzegał przed naszymi generałami. Mawiał: „Są oni wierni, ale mierni. Mało co rozumieją…”.

Kończąc, dodam, że samobójstwo Walerego Sławka było wynikiem jego przekonania, że „nawalił”, nie zdołał wykonać poleceń marszałka, dał się wykołować przez Rydza (którego nie cenił jako wojskowego), Becka i Mościckiego…

Komentarzy (0)

Tags: , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 24 września 2016 r.

Utworzono 25 września 2016 przez Red. VP

DSC02293Zawsze czujny paryski tygodnik GŁOS KATOLICKI w swym numerze z 18 09 2016 już w sporym tytule uwydatniał to, że EUROPOL OSTRZEGA PRZED ZAMACHAMI. Pismo precyzuje, że dyrektor EUROPOLU, Brytyjczyk Rob Wainwright uważa, iż rośnie ryzyko zamachów terrorystycznych w Europie ze strony bojowników tzw. Państwa Islamskiego! Podkreśla on, że według posiadanych przez jego agencję informacji wywiadowczych, przywódcy Państwa Islamskiego podjęli „strategiczną decyzję o wysłaniu do Europy fanatyków w celu odwrócenia uwagi od strat kolejnych terytoriów na terenie Syrii” (zdolność przeprowadzenia spektakularnych ataków w Europie jest alternatywną metodą zademonstrowania, że Państwo Islamskie jest nadal silne!).

Długo na temat zagrożenia terrorystycznego rozmawiałem z fizykiem wyspecjalizowanym w problemach „nowoczesnej wojskowości”. Najwyraźniej jest on zdania, że terroryzm atomowy, że użycie bomby atomowej przez terrorystów nie byłoby łatwe (problem rakiet oraz wyrzutni jest stosunkowo trudny do rozwiązania…). Natomiast nie można wykluczać, iż europejskie siłownie jądrowe stanowią pewne dość jednak znaczne ryzyko (jakiś nowy Czarnobyl ?…; ataki dronów, pomoc okazywana terrorystom przez byłych (czy nawet obecnych) pracowników siłowni jądrowej…). Ów rozmówca jest zdania, że niesamowicie poważne zagrożenie stanowić może CYBERATAK – na taką ewentualność należy bardzo na serio się przygotować! A ZA MAŁO SIĘ W TEJ DZIEDZINIE ROBI. Wszak wśród zwolenników dżihadu, np. we Francji zdarzali się zaawansowani studenci informatyki…

Z kolei patrząc na cały ten problem obecnej wojny z terroryzmem z politologicznego i socjologicznego punktu widzenia, uderza mnie coraz to wyraźniejsza ewolucja postaw i nastrojów społecznych szerokich mas, np. Francji, Niemiec, Austrii itd., itd. Jest rzeczą niewątpliwą, że coraz to większa liczba obywateli tych państw coraz to bardziej obawia się terroryzmu, spotęgowanego terroryzmu… Być może skądinąd nawet narasta – gdy chodzi o to zagrożenie i o nieufność do wdzierającej się do Europy fali wyznawców Islamu – pewna jakby panika! Coraz to więcej obywateli owych krajów jest zdania, że obecnie i już od wielu lat sfery polityczne nimi rządzące nie będą w stanie z tymi problemami sobie poradzić! Ludzie świetnie pamiętają naiwne nadzieje, jakie niedawno temu wywołała tak zwana arabska wiosna! Widzą absolutnie nieprzewidziane w porę skutki upadku reżymów np. Iraku czy Libii oraz wojny domowej w Syrii… (Tu odnotuję, że ku memu zdumieniu, ankietowani – dość prości Francuzi – za super durnia uważają prezydenta Busha juniora, samorzutnie mówią o jego powiązaniach (?) z koncernami naftowymi, samorzutnie wytykają również b. prezydentowi Sarkozy’emu jego jednak chyba nierozważne posunięcia w Libii. Ale do tego tematu – do tematu obecnego narastania w masach Europy poczucia, że rządzą nami ludzie słabi i wielce naiwni, „chowający głowę w piasek”(!), jeszcze za jakiś czas powrócę…

Korekta: AP

Komentarzy (0)

Tags: , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 14 września 2016 r.

Utworzono 14 września 2016 przez Red. VP

DSC02296Czytelnik pyta: po czyjej właściwie jest Pan stronie? Jakie polskie stronnictwo Pan popiera? Mam z miejsca ochotę po prostu odpowiedzieć: żadne! Jestem po prostu na służbie całej Polski! Ale zdaję sobie sprawę, że to za mało, że muszę spróbować sprawę dokładniej wyjaśnić! Otóż uważam, że moim specyficznym zadaniem, zadaniem dziennikarza RWE ze szkoły Jana Nowaka, jest obiektywnie i bezstronnie rodaków informować. Nowak mawiał: ma Pan dobrego nosa, to nakłada na Pana pewne wobec kraju obowiązki! Przez lata walczyłem z PRL-em, stałem w szeregu tych, co domagali się wolnej Polski! Ale zawsze to, co zachodziło w kraju starałem się analizować obiektywnie. Choć potępiałem ich służalczą wobec ZSRR postawę, nie nienawidziłem osób z PRL-owskiego obozu. Dbałem o to, by ich działania oceniać rzeczowo i obiektywnie! A teraz, gdy Polska jest wolna, zachowuję pewien dystans w stosunku do krajowej polityki. Czuję się obserwatorem z zewnątrz, obserwatorem i doradcą z Paryża. Po ojcu odziedziczyłem skłonność do ostrożnego wypowiadania się o polskiej polityce. (Ojciec np. BARDZO POUFNIE mawiał – analizując podłoże naszej KLĘSKI z września 1939, tak niespodziewanej dla społeczeństwa głęboko przekonanego, że nikt nam nie zrobi nic, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi – iż zagrała tu naiwność Rydza i Becka… Nie przewidzieli sowieckiego ciosu w plecy, nie dostrzegli tego, że Blitzkrieg Hitlera rozbije naszą armię de facto w kilka dni; tych, co widzieli ku czemu idzie, oskarżali i karali za defetyzm! Ale – jak mawiał mój ojciec – nikogo nie można winić za głupotę… Pewien umiar w ocenach i skłonność do zabiegania o „moderowanie” polsko-polskich sporów, to cecha bardzo wielkopolska – by stawiać czoło próbom germanizacji, Wielkopolanie starali się tradycyjnie unikać zbyt ostrych polsko-polskich sporów, np. w parlamencie berlińskim tworzyli dość zwarte jedno polskie koło.

Po ojcu oddziedziczyłem też mocną wiarę, że w interesie Polski musimy walczyć o Europę „na francuskim sosie” oraz o kult myśli i postaw de Gaulle’a!

Czytelnik pyta także: jak oceniam zeszłoroczną wypowiedź profesora Jana Tomasza Grossa z Princeton University, z której podobno wynika, iż Polacy zabili w czasie wojny więcej Żydów niż Niemców? Rzecz jasna, taka teza mnie dogłębnie porusza i oburza! Jednak nie znam całokształtu owej wypowiedzi Grossa… Jedno pewne: byłem w czasie wojny w Polsce; w mym otoczeniu, w mej sferze ziemiańskiej – jak dobrze wiedziałem – ratowano i ukrywano wielu Żydów. Moja ciotka Jadwiga z Mańkowskich Strzalecka uratowała zapewne setki żydowskich dzieci (i także pewną liczbę dorosłych Żydów). Mój stryj Tadeusz w pałacu w Małej Wsi (spędziłem tam część wojny) przechowywał przez lat kilka senator Dorotę Kłuszyńską z PPS (gdyby Niemcy to wykryli, być może rostrzelaliby wszystkich domowników)… Stryj Tadeusz ratował też innych Żydów. Moja śp. siostra Magda – żołnierz wywiadu AK w Warszawie, dostarczała fałszywe papiery i zajmowała się pewną liczbą swych przyjaciół Żydów, np. – o ile się nie mylę – Luckiem Wolanowskim. (Miałem też krewnych, będących wedle prawa hitlerowskiego Żydami: matka czy babka z domu Żydówka). A na Zachodzie w okresie wojny szef i przyjaciel mego ojca, minister spraw zagranicznych w rządzie Sikorskiego, Edward hr. Raczyński (przy mego ojca wspólpracy) bił na alarm, starał sie zmobilizować świat w obronie mordowanych w Polsce Żydów! A ja od zawsze mam wiernych i mądrych przyjaciół Żydów. Uważam, że nasi Żydzi – tak wpływowi w wielu krajach świata – są np. dla naszej kultury i jej „propagacji” wielkim atutem. Moi rodzice i ja wysoko ceniliśmy państowo izraelskie, od jego powstania. Na 174, rue de l’Université, naszymi sąsiadami i przyjaciółmi byli słynny admirał Mordehai Limon i jego żona. A ja zawsze podkreślałem mą sympatię do państwa izraelskiego, wagę dla Europy i „europejskość” tego kraju. No i zawsze uważałem za wysoce dla Polski szkodliwy wszelki, niestety zdarzający się, polski antysemityzm!

Korekta: AP

Komentarzy (0)

Tags: , , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 13 września 2016 r.

Utworzono 13 września 2016 przez Red. VP

Morawski foto 1 (2)Czytelnik na wstępie stwierdza: jest Pan być może ostatnim, który jeszcze wie pewne tajemne rzeczy!? oraz stawia pytanie: Czemu rząd na wygnaniu nie zapewnił sobie w roku 1945 mocnej bazy finansowej, w porę zabezpieczając polskie złoto, np. przewożąc je do Irlandii lub Hszpanii? Dodaje: wszak dyplomaci Litwy, Łotwy i Estonii uratowali złoto swych krajów, co dało im bazę materialną do długotrwałej walki o wolność ich krajów!

Z miejsca odpowiem, że całej tej sprawy złota po prostu nie znam! Wiem natomast, iż ojciec mój uważał, że nasz rząd (zwany londyńskim) ogólnie biorąc nie potrafił w porę zabezpieczyć sobie pewnych zasobów finansowych… Długo nasze londyńskie kierownictwo nie wierzyło, iż aliancji nas wiernych sojuszników po prostu puszczą w trąbę! Wiem też, iż rzekomo była możliwość uratowania dla legalnego rządu RP naszej floty handlowej, liczącej kilkanaście (?) okrętów, ale ponoć PPS-owiec Jan Kwapiński, wicepremier i minister żeglugi w rządzie Tomasza Arciszewskiego, sprawę „zawalił”: za długo się wahał…

W pewnym momencie była też ponoć szansa uratowania dla legalnego rządu Funduszu Obrony Kraju; nasze ministerstwo wojny powierzyło go jednak trzem powiernikom: generałowi Stanisławowi Tatarowi, płk. Stanisławowi Nowickiemu, podpułkownikowi Marianowi Utnikowi. Ci samowolnie przekazali Fundusz do Warszawy. Szczegółow sprawy niestety nie znam…

Co do Francji, to – jak słyszałem – można było dla legalnego rządu RP ocalić tutejszy oddział banku PKO, ale… też ktoś nawailł.

Jakże wybitny historyk, profesor dr hab. Rafał Habielski – jeden z rzadkich polskich uczonych, którzy doceniają rolę de facto skupionej wokół Edwarda Raczyńskiego naszej emigracyjnej służby dyplomatycznej, bada obecnie rewelacyjne tajne raporty, które mój ojciec – ambasador Wolnej Polski w dawnych latach – dyktował na maszynę, najprzód Żanecie Zabiełło i Jasiowi Siemieńskiemu, później Totusiowi Parczewskiemu, mnie, czasem Edziowi Borowskiemu i wysyłał naszym władzom w Londynie (przez ostatnie lata były one kierowane na ręce ministra Jana Starzewskiego, kierownika działu spraw zagranicznych Egzekutywy Zjednoczenia Narodowego). Otóż w tych raportach: wiele o boju o fundusze dla legalnego rządu RP, o debatach z powiernikami, także być może coś w sprawie domu na rue Lauriston w Paryżu. No i rzecz jasna wiele tam o walce o utrzymanie w naszych rękach zwanej Mickiewiczowską Biblioteki Polskiej na wyspie Św. Ludwika w Paryżu. Rzecz wręcz niesamowita: cała francuska Izba Deputownych (rzecz jasna za wyjątkiem grupy KPF) de facto jasno się wypowiedziała za tym, że owa Biblioteka musi pozostać w rękach emigracji politycznej, że nie można ulec naciskom PRL-u.

Wracając do problemu naszej emigracyjnej dyplomacji – jak pisałem – de facto skupionej wokól Edwarda Raczyńskiego (który, jak się zdaje, przez kilkanaście lat finansował ją dzięki subwencjom US), to do dziś nie rozumiem, że po roku 1990 MSZ nie zajął sie tym poblemem, a to mimo tego, że śp. wielki mojej rodziny przyjaciel Krzysztof Skubiszewski coś wspominał mi – przyznaję, że nie pamiętam jednak dokładnie kiedy, może wiosną 1991? – o honorowych paszportach dyplomatycznych, o stałym obecnych ambasad RP kontakcie z nami… Śp. ambasador Ludwik Dembiński w kilka lat później powiedział mi, że sprawę storpedowały pewne wielce wpływowe lewicowe siły (nie chciał sprecyzować kto, ale stwierdzał, że szło o ludzi bardzo ważnych), mówiąc: Nie należy sobie zawracać głowy tymi na 102 reakcyjnymi snobiszonami i „upiorami przedwrześniowej Polski pułkowników oraz domagającymi się reprywatyzacji majątków i pałacy b. obszarnikami!?” (sic!). Do tej sprawy wrócę, jeśli odnajdę me stare notatki lub gdy sobie coś więcej przypomnę…

Kończąc wspomnę tylko, że w czasach PRL-u Krzyszotof Skubiszewski odwiedzał w Paryżu mego ojca i przekazywał mu cenne uwagi o sytuacji w Polsce.

Korekta: AP

Komentarzy (0)

Tags: , , , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 12 września 2016 r.

Utworzono 12 września 2016 przez Red. VP

Morawski foto 02.06.2016W drugiej połowie września mają mieć miejsce uroczyste obchody moich 87. urodzin (jak mawiali „czerwoni”, szpiona PRL-u). Urodzin weterana (!) wojny i zimnej wojny. Przy tej okazji ukaże się też wydany staraniem Instytutu imienia Generała Stefana „Grota” Roweckiego, Teresy Masłowskiej, Jerzego Zielonki i dr hab. profesora Waldemara Handke kolejny tom mych dzienników. Postanowiłem 11 września, że obchody winny też być okazją do złożenia przeze mnie hołdu dwóm śp. wspaniałym Polkom, które tak niezwykle ceniłem: Marii z Mackiewiczów KACZYŃSKIEJ i Jolancie z Głowackich TOMASZEWSKIEJ, zmarłym 10 kwietnia 2010 pod Smoleńskiem… Pamięć o nich jest stale w mym umyśle obecna! Znajomość z nimi wywarła na mnie mocny wpływ, zrobiła na mnie niezapomniane, naprawdę wielkie wrażenie. Szczerze podziwiałem ich Obu mądrość, uczynność, umiar w osądach, kolosalny patriotyzm, kult i znajomość naszej najnowszej historii.

Chcę mocno uwydatnić tę tak wspaniałą niezwykłość obu tych Pań, często o nich i o dzieciach, z najwyższym i pokornym przywiązaniem, myślę.

Tyle ze szczerej potrzeby serca, na dziś.

Komentarzy (0)

Tags: , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 11 września 2016 r.

Utworzono 11 września 2016 przez Red. VP

DSC02287Czytelnik pyta: Czy to prawda, że przybywszy w listopadzie 1946 do Paryża moja matka i ja namawialiśmy ojca do powrotu do Polski?

Jest prawdą, że przekazaliśmy ojcu pewne zachęty do „podjęcia pracy w Polsce” od jego dwóch bliskich przyjaciół: Eugeniusza Kwiatkowskiego (wówczas ministra delegata do spraw odbudowy wybrzeża) i Michała Kaczorowskiego (wówczas ministra odbudowy)… Nieco później (wiosną 1947), ojca i nas odwiedzał we Francji inny mej rodziny przyjaciel, Tadeusz Chromecki – wówczas szef wydziału zachodniego w MSZ, który obiecywał mi, że gdy zakończę studia we Francji, da mi posadę w MSZ-cie.

Ojciec mój do Polski wracać nie chciał, mawiał: Stalin to nie polityk, ale psychopata, który prędzej czy później jeszcze spotęguje terror w Polsce. Ojciec opowiadał, że w Algierze (rok 1944?) ambasador radziecki przy rezydujących tam wówczas jeszcze władzach wolnej Francji, Aleksander Bogomołow, kiedyś mu powiedział: Lubię Pana i żałuję, że Pan postawił na przegranego konia, ale może Pan jeszcze zmienić linię polityczną! Ojciec mu odpowiedział: Nie ma mowy, bym gadał z jakimiś Bierutami, z całą tą Waszą agenturalną i niepoważną rzekomo polską kliką! Bogomołow na to: Ależ jeśli Pan się z nami dogada, to wystarczy! Wynikało z tego – i ojciec to tak zrozumiał (!): Polską rządzi Stalin! Później, w połowie roku 1945, jacyś francuscy dygnitarze (ale nie de Gaulle!) namawiali ojca, by wraz z Mikołajczykiem wrócił do kraju. Podkreślali, że Francji zależy na tym, by w nowych polskich władzach znaleźli się rozsądni ludzie. Mówili ojcu: Przecież Pan dobrze rozumie potrzebę współpracy polsko-rosyjskiej. Odpowiedź ojca była prosta i mocna: Rozumiem potrzebę dialogu Polska-Rosja, ale odrzucam rosyjską de facto okupację! Wolę też brać przykład z Wolnych Francuzów, niż słuchać ich rad! (To głośne powiedzenie ojca podobno bardzo podobało się de Gaulle’owi).

Jesienią 1948 dotarły do nas do Paryża – np. od Michała Kaczorowskiego – wieści, byśmy (matka i ja) za Boga zapomnieli myśl o powrocie… Eugeniusz Kwiatkowski poszedł w odstawkę, Tadeusz Chromecki został skazany na 12 lat więzienia (wyszedł w roku 1956 i ponoć z miejsca popełnił samobójstwo…).

Drugie pytanie dotyczy tego, czemu obecne rządy RP, obecny MSZ nie zajął się dyplomacją Wolnej Polski? Jak już pisałem, Krzysztof Skubiszewski coś nawet mówił o przyznaniu nam honorowych paszportów dyplomatycznych (?). Sprawę wówczas – jak się zdaje – storpedowała lewica. Co do mego ojca, to o jego postawach, o ambasadzie Wolnej Polski i o pisarstwie – wiele wiedzą niektórzy członkowie obecnego rządu…

Korekta: AP

Komentarzy (0)

Tags: , , , , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 5 września 2016 r.

Utworzono 05 września 2016 przez Red. VP

Morawski foto 1 (2)Wracając do tego, co ostatnio pisałem o tym unikalnym „rezerwacie” najlepszych polskich tradycji, jakim jest „Montresor”, pragnę dodać kilka uwag… Otóż chcę mocno uwydatnić, że Maria z Potockich Reyowa jest osobą niezwykle cenioną i lubianą w najwyższych francuskich kręgach Turenii i nie tylko. (Opowiadano mi nawet, że swego czasu szczególnie mile ją witała odwiedzająca Francję królowa Anglii). Często mówi się tu o niej, że to naprawdę europejskiej klasy wielka dama!

Następnie chcę teraz wspomnieć, że obecnie świetnym jak słyszę – merem Montresoru jest Krzysztof Unrug, wnuk naszego bohatera narodowego admirała Józefa Unruga, który 21 sierpnia 1939 przeniósł dowództwo naszej floty na Hel, i tegoż Helu następnie odważnie bronił aż do 1. października 1939! Po wojnie admirał ów był pierwszym pensjonariuszem naszego Domu Spokojnej Starości w Lailly-en-Val. Zmarł tam 28. lutego1973. Pochowano go w niezbyt dalekim Montresorze. Myślę, że GDYNIA winna, i jej słynne muzeum emigracji winno zarówno Monteresor, jak i Lailly-en-Val otoczyć taką lub inną partnerską opieką, przesłać także do obu tych ośrodków dane dotyczące muzeum, itd., itd. A w Montresorze winien stanąć pomnik admirała Unruga…

Poprzednio pisząc o osobach związanych z Montresorem, wymieniłem adwokata Piotra Gromnickiego.Teraz dodam, że ten niezwykle wybitny polsko-francuski prawnik winien stać się – jeśli już nie jest – doradcą naszej misji handlowej w Paryżu oraz ogólnie polskiego rządu.

Mocno też zaznaczę, że Montresor (podobnie jak Lailly-en-Val) winna odwiedzić opiekunka Polonii Świata, pierwsza dama prześwietnej naszej Rzeczypospolitej Agata z Kornhauserów Duda, osoba ogromnej kultury, stuprocentowa – w najlepszym tego słowa znaczeniu – krakowianka, absolwentka UJ-u (którego rektorem był w latach 1906-7 mój stryjeczny dziadek, filolog Kazimierz Morawski, długoletni prezes PAN-u, kawaler Orła Białego, kandydat na prezydenta RP w grudniu 1922). Wiem, iż liczni Agaty Dudy byli uczniowie w prestiżowym krakowskim liceum im. Jana III Sobieskiego, podkreślali i podkreślają niezwykle wysoki poziom intelektualny tej ich pani profesor.

Komentarzy (0)

Tags: , , ,

Dziennik Macieja Morawskiego, 4 września 2016 r.

Utworzono 05 września 2016 przez Red. VP

DSC02293W dniu 2 września prestiżowy, o niewątpliwych ambicjach intelektualnych tutejszy kanał Arte nadał pod wieczór, w godzinach, w których przed telewizją zasiada najwięcej ludzi, francuskojęzyczną wersję niemieckiego filmu Gerarda Schneidera pod tytułem (tłumaczę z francuskiego): Moja Bardzo Wielka Wina. Jest to jeszcze jeden (!) film o – jak by to zgrabnie powiedzieć – „problemach natury obyczajowej jakiegoś kapłana”. Nie będę tu treści owego –  zresztą dość interesującego – filmu opowiadał. Chodzi mi o coś innego. Pewien adwokat o międzynarodowej pozycji ponoć zwrócił uwagę na – jego zdaniem – pewien ogromnej wagi fakt! Otóż z filmu –zresztą mym zdaniem nieco marginesowo – wynika, że zdarza się, iż rodziny ofiar pedofilii jakiegoś duchownego uzyskują od Kościoła odszkodowania finansowe… Wedle owego adwokata, w USA kilka diecezji „dosłownie zbankrutowało” (?), musząc w wyniku wyroków sądowych płacić nieraz duże sumy! W niektórych krajach Europy podobne zjawisko też, jak wiadomo, zaczyna się pojawiać. W USA niektórzy adwokaci są już w tej dziedzinie wyspecjalizowani (?). Jednym słowem, chyba wyraźnie narósł teraz trudny i jednak – z czysto prawnego punktu widzenia – złożony problem „walki o odszkodowania…”. Wszyscy są ZGODNI CO DO TEGO, ŻE TRZEBA SPOTĘGOWAĆ CZUJNOŚĆ I CHRONIĆ NIELETNICH. Ale nie można całkowicie wykluczać prób „interesownych kalumnii”. Od siebie dodam: nie od dziś pewna – powiedziałbym – „swołocz” próbowała „po chamsku” „żerować” na takich czy innych problemach obyczajowych, robiły to podobno także wywiady bloku wschodniego…

A teraz coś zgoła innego. Dziś w Watykanie miało miejsce wydarzenie kolosalnej, także i dla mnie osobiście, wagi! KANONIZACJA MATKI TERESY Z KALKUTY – misjonarki: miłości bliźniego, opieki nad cierpiącymi biedę, oraz prawdziwego chrześcijańskiego braterstwa i przebaczenia! Matka Teresa zapewne w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia odwiedzała Zakład w Laskach; przyjaźniła się z mą ciotką Zulą Morawską – damą orderu Orła Białego. Ma ukochana ciotka Zula przekazała mi wielkiej wagi stwierdzenie Matki Teresy: „Kościół to ty i ja” (Kościół to wszyscy wyznawcy nauki Chrystusa; my go stanowimy, jesteśmy zań współodpowiedzialni, jesteśmy jedną wielką rodziną). Te słowa to wytyczna mego życia…

Dodam, że w mym odczuciu postawy zwanego Maltańskim Zakonu są bardzo bliskie postawom Matki Teresy!

Kończąc, wyrażę mocne przekonanie, iż to właśnie w oparciu o myśl i linię postępowania papieża Franciszka oraz o nawiązanie do pełnych autentycznej dobroci i mocnej wiary wytycznych Matki Teresy z Kalkuty Kościół, a w ślad za nim nasze społeczeństwa, zdołają zwycięsko stawić czoła: zagrożeniom nadchodzących czasów wielkiej przemiany, zdumiewających postępów różnych gałęzi nauki, chyba wyraźnie się jednak zarysowującej – jeśli to tak można określić – pewnej „konfrontacji” ze wszechświatem”; wreszcie także czającej się jednak zapewne za rogiem możliwości supergroźnego, może nuklearnego albo chemicznego, terroryzmu…

Komentarzy (0)



piątek, 28 lutego, 2020

  • Pogoda w Paryżu



    Niestety aktualne dane pogodowe nie są dostępne!


     
  • Kurs walut

  • Newsletter Vector Polonii

  • Partner: ASSOCIATION YOT-ART