Dziennik Macieja Morawskiego, 3 sierpnia 2017 r.

Utworzono 03 sierpnia 2017 przez Red. VP

Pewien zasłużony działacz społeczny z Warszawy, magister politologii – znając me związki z rodakami w Anglii i wiedząc, że przed laty współpracowałem z Legalnym Rządem RP na Wychodźstwie w Londynie – pyta mnie o możliwość TANIEJ KWATERY w tym mieście!!! Niestety nie jestem w stanie jemu w tej dziedzinie dopomóc!! Teraz lato, moi tamtejsi krewni na wakacjach!!! A poza tym, to ludzie bardzo już po brytyjsku wychowani, ceniący swoją „PRIVACY”… (Moja śp. siostra Basia podkreślała nieraz ów kult „privacy”, jaki cechuje Anglików, kult od polskich – nieraz dość bezpośrednich manier – tak bardzo jednak różny…). A pewien mój znajomy Anglik, wielki Polski i Polaków przyjaciel, opowiedział mi kiedyś szeptem w samolocie i z miłym uśmiechem o mych rodakach szereg anegdot! Przed laty zaprosił do siebie do Londynu na dni kilka studenta polskiego z Oxfordu. Ten – nic z góry z nim nie uzgadniając – zjawił się u niego, co prawda o umówionej z nim godzinie, lecz z kolegą. Powiedział: „W pociągu spotkałem rodaka, też studenta, ma mało forsy i nie wie, gdzie spać. A wiedziałem, że w twym pokoju przeznaczonym dla mnie są 2 łóżka”… A teraz inne, też zabawne (jak mówił ów Anglik) wydarzenie. Zaprosił na kolację 5. młodych Polaków. Gdy około północy nie zabierali się do wyjścia, w świetnych humorach masę gadali, powiedział im: „Na dziewiątą idę do biura, spokojnie siedźcie sobie i gadajcie nawet do rana, jutro o ósmej zjecie ze mną breakfast, ja pójdę do pracy, a wy do siebie…”. Skądinąd, jak jeszcze opowiadał ów Anglik (swego czasu konsul gdzieś tu, to jest we Francji), w Londynie dnia pewnego o godzinie jedenastej wieczór zadzwoniła do domu jego znajoma Polka z polskiej „gentry”, osoba wielce kulturalna i sympatyczna… Prosiła owego Anglika, by ją – jak powiedziała – „wykupił” z drogiej restauracji koło jego domu. Otóż co zaszło! Poznała u znajomych rodaków elegancką i szastającą wielkimi nazwiskami polskimi czy angielskimi Polkę, która się u tych rodaków pojawiła rzekomo za radą jakichś wspólnych przyjaciół (???). Dama ta z miejsca znajomą naszego Anglika zaprosiła na kolację do szykownej restauracji. Z werwą i z dużą dozą snobizmu wiele gadała. Po deserze poszła rzekomo do toalety, i na dobre zniknęła. Owa dama, znajoma tego Anglika, miała w portmonetce tyko 2 funty, nie miała przy sobie swej książczeki czekowej ani żadnej „karty” (to były dawne lata). Wezwala więc owego znajomego, który mieszkał niedaleko, na pomoc. Naturanie następnie szybko mu ową ponoć jednak sporą sumę (drogie potrawy i wina) zwróciła!!!

Ale odbiegłem od mego właściwego tematu! Od tego, że uważam, że winno powstać (nie wiem, jak to nazwać) coś w rodzaju jakby WIELKIEGO POLSKO-POLONIJNEGO KLUBU STAŁEJ WYMIANY i ŁĄCZNOŚCI MIĘDZY KRAJEM A POLONIĄ. JESTEM PRZECIWNY „MNOŻENIU URZĘDÓW I BIUROKRACJI”… STAWIAM NA OCHOTNICZY, TYLKO MOŻE NIECO (???) WSPOMAGANY PRZEZ SENAT RP, BRATERSKI KLUB KRAJ-POLONIA, KRAJ I POLONIE, BO WAŻNE, BY PAMIĘTAĆ TEŻ O STAREJ POLONII, NIEGDYŚ „WYCHOWANEJ” – GDY CHODZI NP. O FRANCJĘ – PRZEZ DZIENNIK N A R O D O W I E C. O KLUB WALCZĄCY O STAŁY DIALOG POLONIA-KRAJ, O NAUCZANIE MŁODYCH Z POLONII JĘZYKA POLSKIEGO; I MIĘDZY INNYMI ZACHĘCAJĄCY POLONIĘ DO GOSZCZENIA LUDZI Z KRAJU, DO ZAPEWNIANIA IM OBOPÓLNIE KORZYSTNYCH I INTERESUJĄCYCH (TANICH) POBYTÓW ZA GRANICĄ.

WIELE W TEJ DZIEDZINNIE PONOĆ MOŻNA SIĘ NAUCZYĆ OD PAŃSTWA IZRAEL, KTÓRE NAPRAWDĘ UMIE UTRZYMYWAĆ WIELKIEJ WAGI KONTAKT Z ŻYDOWSKĄ DIASPORĄ…

No i ostatnia sprawa. „WYMIANA” ARTYSTYCZNA POLONIA-KRAJ!!! Wysoce kulturalny dr nauk humanistycznych UKSW, szef (b. dyrektor, obecnie prezes) Domu Spokojnej Starości w Lailly-en-Val, w prozumieniu i z pomocą (?) śp. Jerzego Giedroycia organizował rokrocznie tam w Lailly-en-Val kilkunastodniowe uniwersytety letnie imienia Józefa Czapskiego, uniwersytety letnie jego dawnej uczelnii – Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie… (Kilkunastu studentów i studentek oraz jeden z profesorów czy nauczycieli). Teraz – o ile wiem – te uniwersytety letnie nie mają już miejsca, a szkoda… Z kolei odnotuję, że kiedyś, w jakąś (?) niedzielę przypadkowo usłyszałem w restauracji pod domem parafialnym polskiego Kościoła pod wezwaniem Świętej Genowefy (33 rue Claude Lorrain – 75016 Paris) rozmowę nieznajomych mi rodaków, którzy urządzali sobie domek gdzieś (?) za Wersalem. Ot, tacy Polacy, wyraźnie na pewnym, niewielkim zapewne, dorobku tu!!! Dla mnie zabawnie i – dodam, chyba nieco naiwnie – narzekali, że nie ma tu gdzie tanio kupić TYPOWO POLSKICH „LANDSZAFTÓW”. Obecna z nimi – jak zrozumiałem – ich ciotka z Bydgoszczy, powiedziała im: „LANDSZAFT TO DZIWNE SŁOWO!”. DODAŁA: „NAUCZYCIELKA RYSUNKÓW MEJ CÓRKI ŚWIETNIE MALUJE. PRZYŚLĘ WAM JEJ PIĘKNE, BARDZO POLSKIE PEJZAŻE. TO BĘDZIE TANIO KOSZTOWAĆ!!!”.

Tyle na dziś! Mam jakieś kłopoty z komputerem…

Komentuj...

*



piątek, 22 marzec, 2019

  • Pogoda w Paryżu



    Niestety aktualne dane pogodowe nie są dostępne!


     
  • Kurs walut

  • Newsletter Vector Polonii

  • Partner: ASSOCIATION YOT-ART