Dziennik Macieja Morawskiego, 25 września 2016 r.

Utworzono 26 września 2016 przez Red. VP

DSC02282W numerze pisma NEWSWEEK HISTORIA (wrzesień 2016) znalazłem bardzo godny uwagi, poruszający temat (także i z przyczyn – powiedziałbym – rodzinnych, żywo mnie interesujący) – artykuł tego wybitnie zdolnego człowieka, jakim jest Zdzisław Najder, pt. „Pułkownik Józef Beck”. Z miejsca tu wyjaśnię, że 31 Grudnia 1934 r. Beck mego ojca (wówczas podsekretarza stanu) wyrzucił z MSZ-tu – 42-letniego człowieka „przeniósł na emeryturę, z obniżeniem na pożegnanie stopnia służbowego”.

Najder niewątpliwie wysoko ceni Becka! Pisze m. in.: „Najczęściej przypomina się jego dumną wypowiedź o honorze cenniejszym od życia. Wbrew pozorom, decyzja ubrana w te słowa wynikała ze świadomości tragedii, która musi się rozegrać i przed którą nie ma odwrotu. Można dyskutować o jego skuteczności dyplomatycznej, drwić z mocarstwowej retoryki. Jednak 5 maja 1939 wskazał wartości, które okazały się prawdziwe, bo doprowadziły nas do wolności i demokracji w Europie”…

Gdy chodzi o mnie, to sprawę widzę nieco inaczej. Wydaje mi się, iż w roku 1939 można było jednak „próbować zyskać na czasie”, pójść na pewne ustępstwa. Oddać Gdańsk i jakiś „korytarz przez korytarz”… Mój radiowy kolega Wacio Zbyszewski głosił, że „o niebo mądrzejszy od Becka, a w pewnym momencie przewidywany na ministra spraw zagranicznych książę Janusz Radziwiłł umiałby mądrze grać na zwłokę. Zapobiec temu, by Polska jako pierwsza padła ofiarą hitlerowskiego ataku”.

A mój wuj Józio Lipski, gdy po wojnie odwiedzałem go w Londynie, przyznawał, że Beck był zdania, że polska armia potrafi stawić czoła Wehrmachtowi przez co najmnej 6 miesięcy. W każdym razie do czasu, gdy „Zachód podejmie (przewidziane?) ofensywne działania.”

Wiosną 1939 w naszym mieszkaniu w Warszawie przy ulicy Zimorowicza 4 odwiedzał nas przybywający dość często, bodajże z lwowskiego dowództwa korpusu, wuj Witold Dzierżykraj-Morawski (pułkownik WP, attaché militaire w Berlinie w latach 1928-1932). Wracając z posiedzeń sztabu, mawiał: „Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać – jacyś idioci ze sztabu Rydza lekceważą sobie czołgi Hitlera, mówią wystarczy zakopać brony, a czołgi nie przejadą; wszelkie głosy rozsądku uważają za defetyzm, naprawdę wierzą, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi!, rozumują kategoriami sprzed kilkunastu lat, jeszcze do nich nie doszło, że wobec obecności czołgów szarże kawaleryjskie są już bezsensowne, że kawaleria już stała się de facto na wojnie mało skuteczną…”.

Ze swej strony mój ojciec zdumiewał się tym, iż jeszcze chyba w połowie roku 1939 w polskim MSZ-cie i w pewnym stopniu również w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych panowało przekonanie, że wojna nie wybuchnie przed rokiem 1941! Jak się zdaje, rzecz w tym, że hr. Ciano w dobrej wierze i oczywiście w tajemnicy poinformował Becka o powziętym przez Hitlera wobec Mussoliniego zobowiązaniu, że nie rozpęta wojny światowej przed 1941 rokiem! Dodam, iż wedle mego ojca tylko dwóch wysoce inteligentnych „dygnitarzy” naszego ówczesnego MSZ-tu: Józef Potocki i Mirosław Arciszewski czuli pismo nosem i widzieli, że wojna czai się tuż, tuż za rogiem…

Ojca mego mocno irytowała skądinąd też euforia w sferach wojskowych. We „Wspólnej Drodze z Rogerem Raczyńskim” (Wyd. Poznańskie, 1998) pisze: „Sąsiadujący ze mną na jakimś oficjalnym obiedzie gen. Roman Abraham tłumaczył mi, że w razie wybuchu wojny wkroczy 10. dnia na czele swych ułanów do Berlina”. Ojciec mój podkreślał też, że tylko generał Franciszek Wład i płk Witold Morawski nie ukrywali w rozmowach w 4 oczy niesamowitej niewspółmierności sił polskich i niemieckich. Jak mogę stwierdzić na postawie mych paryskich rozmów z pułkownikiem Gano i kapitanem Wragą, Beck mocno przeceniał moc polskiej armii, no i ufał zapewnieniom Rydza i całej naszej absurdalnej propagandzie sukcesu: NIKT NAM NIE ZROBI NIC… Wedle trudnych do sprawdzenia pogłosek, to rzekomo dopiero w Bukareszcie Beck „wygadywał na Rydza, mawiał, że gdyby wiedział, że nasza armia w tydzień się de facto rozleci, grałby nieco inaczej… Co do sowieckiego ciosu w plecy, to ponoć od dawna przewidział go wydział wschodni naszej świetnej „dwójki” i szef owego wydziału, kapitan Ryszard Wraga. Jednak ponoć Beckowi mąciła w głowie przekonana o neutralności ZSRR nasza nabijana przez sowieciarzy w butelkę ambasada w Moskwie.

Wracając do Piłsudskiego, to odnotuję tylko, że ponoć pani marszałkowa Piłsudska zanotowała w swym dzienniku: „Wojna z Niemcami była koszmarem, który dręczył mego męża nieustannie”. Skądinąd kilku mych wujów zaliczało się do przyjaciół pułkownika Walerego Sławka… On to rzekomo przekazywał Marszałka opinię : „Nadchodzą ciężkie lata”. Trzeba będzie improwizować i grać na zwłokę, równocześnie i śmiało, i chytrze, a beze mnie oni tego nie potrafią. Piłsudski ponoć też ostrzegał przed naszymi generałami. Mawiał: „Są oni wierni, ale mierni. Mało co rozumieją…”.

Kończąc, dodam, że samobójstwo Walerego Sławka było wynikiem jego przekonania, że „nawalił”, nie zdołał wykonać poleceń marszałka, dał się wykołować przez Rydza (którego nie cenił jako wojskowego), Becka i Mościckiego…

Komentuj...

*



środa, 22 maj, 2019

  • Pogoda w Paryżu



    Niestety aktualne dane pogodowe nie są dostępne!


     
  • Kurs walut

  • Newsletter Vector Polonii

  • Partner: ASSOCIATION YOT-ART