Dziennik Macieja Morawskiego, 25 grudnia 2016 r.

Utworzono 26 grudnia 2016 przez Red. VP

Czytelnik pyta: Czy rzeczywiście chce Pan poruszyć problem „Emigracyjnej Dyplomacji”, jej dotyczących obietnic profesora Kzyszytofa Skubiszewskieo, faktu, że już od lat nasz MSZ w ogóle się tą sprawą nie interesuje? Moja odpowiedź prosta: Tak, boleję nad tym, że nie zająłem się tym się wcześniej, choć panie Maria Kaczyńska i Izabela Tomaszewska uważały, że ponieważ ten problem wyraźnie mnie „dręczy”, winienem podjąć dotyczące nagłośnienia go działania, a to – rzecz jasna – w oparciu o opinie wybitnych polskich historyków, i „mobilizując ich do takiej akcji czy raczej wielkiej debaty…”. Teraz wagę sprawy przypomniały mi badania, jakie profesor Rafał Habielski prowadzi w Bibliotece Polskiej w Paryżu… (Opracowuje on złożone tam pisane przez ćwierć wieku przez mego ojca raporty dyplomatyczne dla władz w Londynie, przegląda całe archiwum paryskiej Ambasady Wolnej Polski. Zdałem sobie też sprawę, że Wirydianna Reyowa i ja, to ostatni jeszcze żyjący współpracownicy owej „Ambasady” (od wycofania się mego ojca do Lailly-en-Val używano określenia delegatura legalnego Rządu RP)… Gdy chodzi o mnie, to byłem kolejno oficjalnym współpracownikiem dwóch delegatów rządu: Xawerego Reya i jego następcy, Jerzego Ursyn-Niemcewicza… Wirydiannie i mnie Ursyn-Niecewicz wystawił nawet legitymacje służbowe… Po przedwczesnej śmierci Xawerego Reya, ówczesny premier Kazimierz Sabbat nalegał, bym ja objął stanowisko delegata rządu RP. Musiałem mu odmówić!! Taki delegat rządu był z reguły w półoficjalnym kontakcie z francuskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych – przekazywał np. temu ministerstwu różne opinie i oświadczenia legalnego rządu RP… Ja zaś od lat byłem oficjalnie akredytowany przy owym Quai d’Orsay jako stały korespondent RWE… Mogłem więc być współpracownikiem delegatury, ale nie „oficjalnym” delegatem rządu RP. Mogłem natomiast np. rząd reprezentować w czasie obrad Rady Federalnej Ruchu Europejskiego (np. jesień 1988). Poza tym, nieraz towarzyszyłem Xaweremu Reyowi w różnych trudnych negocjacjach… Na przykład w dyskusjach z jednym z czołowych francuskich skrajnie prawicowych mężów stanu, rozmowach dotyczących – ostrożnie mówiąc – mało klarownej sprawy europosła Gustave’a Pordea, Francuza pochodzenia rumuńskiego, który podawał się między innymi także (!!!) za konsula generalnego polskiego rządu rezydującego na wygnaniu w Londynie!

Tak więc teraz wreszcie występuję z apelem do poważnych polskich historyków, do profesorów: Rafała Habielskiego, Krzysztofa Tarki – autora rewelacyjnej książki (choć niekompletnej w swej analizie dokumentów, bo chodzi o dokumenty, które w czasie gdy prof. Tarka ją pisał były niedostępne czy nieodnalezione) pt. EMIGRACYJNA DYPLOMACJA (Emigracyjna dyplomacja. Polityka zagraniczna rządu RP na uchodźstwie 1945-1990, Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2003 – przyp. /red.), do Pawła Machcewicza, Jana Żaryna, no i rzecz jasna do syna tak mi drogiej Ziemi Nadobrzańskiej („kto przy Obrze – temu dobrze”), Aleksandra Woźnego!!! Apel swój kieruję też do Jarosława Kaczyńskego: ten tak wybitny prawnik na pewno dostrzega wagę problemu reprezentacji LEGALNYCH WŁADZ RP… Wszak to dyplomacja emigracyjna, a nie ambasadorowie „trzymanego w okowach przez ZSRR PRL-u” reprezentowali wolne polskie postawy i nasze prawdziwe postulaty… (Na marginesie tego tekstu ośmielę się nieśmiało wspomnieć, że już kilka lat temu pewien polski genealog, syn wybitnego męża stanu, zapewniał mego stryjecznego brata, że my, Dzierżykraj-Morawscy jesteśmy co prawda daleko, ale niewątpliwie spokrewnieni z tradycyjnie wysoce patriotycznym rodem Kaczyńskich…/???/).

Ostatnio nareszcie ukazały się, czy mają jeszcze się ukazać, opracowania dotyczące (jak mawiał mój ojciec, chybia najmądrzejszego z przywódców polskiej emigracji politycznej) Edwarda Raczyńskiego. Chyba nadal niedostatecznie jest przez historyków „przeanalizowana i opisana” postać „ambasadora Wolnej Polski w Madrycie”, Józefa Alfreda Potockiego, absolwenta Balliol College w Oksfordzie, człowieka o olbrzymich jak na sytuację emigracji stosunkach w świecie anglosaskim, osobistego przyjaciela prezydenta Kennedy’ego, a także wielce pierwszoplanowych polityków brytyjskich, lubianego przez Generała Franco itd., itd. Potocki miał „dobrego nosa”, np. – jak mnie zapewniano (???) – swego czasu z miejsca wyczuł, że absurdem było powstanie warszawskie, że „sowieci puszczą nas w trąbę” i nic nie pomogą. A później jasno widział, że w tym mocarstwie czysto policyjnym, jakim był Związek Radziecki, tak zwani „rewizjoniści nic zmienić nie zdołają”. Że przepędzić rządzących w oparciu o KGB „właścicieli ZR” będzie dopiero mogła musząca nadejść katastrofa gospodarcza…

Kończąc dodam: jedno pewne, naprawdę czuję się jakby honorowym dyplomatą RP!!!

Komentuj...

*



piątek, 13 grudnia, 2019

  • Pogoda w Paryżu



    Niestety aktualne dane pogodowe nie są dostępne!


     
  • Kurs walut

  • Newsletter Vector Polonii

  • Partner: ASSOCIATION YOT-ART