Dziennik Macieja Morawskiego, 20 listopada 2016 r.

Utworzono 22 listopada 2016 przez Red. VP

DSC02296Czytelnik pyta od kiedy mieszkam w Paryżu i dlaczego wyraźnie kocham to miasto! Przybyłem do Paryża na początku listopada 1946, mając od 6. tygodni 17 lat. Przyjechałem koleją, wagonem sypialnym Cooka wraz z mą matką i na jej paszporcie. W przedziale obok nas jechała Gniewa z Rudnickich Wołosiewicz, znana parysko-polska dziennikarka (sekcja polska francuskiego radia) i działaczka.

Paszport matce załatwił w lipcu 1946 drogi mej rodziny przyjaciel, profesor Michał Kaczorowski, wówczas (znakomity) minister odbudowy. Ponieważ w lipcu 1946 miałem jeszcze 16 lat, znalazłem się na paszporcie matki… Ja jechałem na studia do Paryża. Matka cierpiąca na depresję na kurację. Mieliśmy po ukończeniu mych studiów wrócić do Polski. Profesor Kaczorowski i Eugeniusz Kwiatkowski polecali też nam namawiać ojca do powrotu do kraju, „który należało odbudowywać”. Mnie pracę z MSZ-cie obiecywał po studiach w Paryżu Tadeusz Chromecki, bardzo bliski nasz przyjaciel, wówczas naczelnik wydziału zachodniego w owym „warszawskim” ministerstwie spraw zagranicznych…

Zaraz po przybyciu do Paryża zamieszkaliśmy w pięknej willi w Chaville pod Paryżem. Ojciec willę wynajmował od państwa Postel-Vinay, znanej francuskiej rodziny. Z nami mieszkała tam ma siostra Basia, jej mąż Włodek Ledóchowski. Często tam bywali liczni Polacy, np. Józio Czapski…, a także goście z Londynu, itd.

Uprzednio już nieco znałem francuski – nauczyła mnie go w czasie wojny w Małej Wsi ciocia Andzia Kicińska… Ojciec posłał mnie jednak na wyższe kursy tego języka, a następnie na socjologię w l’Institut Catholique, gdzie uzyskałem „la licence” i poszedłem na studia na Akademiii Handlowej. Rzecz jasna, zgodnie z poleceniami Eugeniusza Kwiatkowskiego, ministra Michała Kaczorowskiego i Tadeusza Chromeckiego, namawialiśmy ojca do powrotu do kraju, „gdzie czekało nań jakieś wysokie stanowisko”! Ojciec odmówił. Stwierdzał, że czuje pismo nosem, że Stalin nie jest skłonny do prowadzenia jakiejś „rozsądnej gry politycznej”, że to psychopata, a nie polityk, że opowiadania, iż chce, by Polska była „oknem wystawowym bloku socjalistycznego” to naiwna bzdura…, że lada chwila rozkwitnie w Polsce niesamowity terror, że tylko Franklin Delano Roosevelt i jemu podobni mogli byli liczyć na „rozwagę i zmysł polityczny Stalina”. Ojciec bardzo poufnie mawiał mi, że tak bliski mu de Gaulle nie ma co do Stalina żadnych złudzeń, wie, że to „zamordysta a nie rozsądny gracz polityczny”, że jest zdania, że „cały ten system, oparty na niesamowitym zakłamaniu!!!, na podejrzliwości i dzikim terrorze, prędzej czy później runie…”

Jesienią 1949 zaczęły nadchodzić z Polski echa, z których wynikało, że zapanował tam niesamowity terror. Eugeniusz Kwiatkowski (który nieco wcześniej chciał ojca mego ściągnąć z Paryża na swego zastępcę) poszedł w całkowitą odstawkę, stracił stanowisko delegata rządu dla spraw Wybrzeża, dostał administracyjny zakaz pobytu na Wybrzeżu i w Warszawie! Tadeusz Chromecki z kolei wyleciał z MSZ-u (później został aresztowany…). Co do profesora Michała Kaczorowskiego, to dotrwał on na stanowisku ministra odbudowy do 1 kwietnia 1949, ale stracił wszelkie wpływy polityczne, i dawał okazjami mej matce znać, że nie należy wracać, że sprawy toczą się „absurdalnym torem”…

Takie wieści z Polski wprowadziły matkę we wzmożony stan depresji (konieczność kuracji snu )… Ja zaś, też w pewnej mierze inwalida (szok wydarzeń pierwszych dni sierpnia 1944: gwałty pijanych „sołdatów” brygady szturmowej SS Bronisława Kamińskiego), związałem się z paryska bohemą artystyczną, przeżyłem okres – jak to się tu mawia „bardzo Saint-Germain-des-Près…” Jednak pod wpływem mego ojca i jego najbliższego przyjaciela i powinowatego, a mego opiekuna Józia Czapskiego zgłosiłem się na studia w strasburskim Kolegium Wolnej Europy. Dzięki temu ukończyłem podyplomowe wyższe studia europejskie w Uniwersytecie Strasburskim. Tam napisałem chyba dobrze ocenioną pracę naukową o „stachanowizmie” w Polsce. Miałem dostać stypendium na pracę doktorancką w USA – jak często powtarzam, donos, że jestem homoseksualistą i że byłem krwawym komunistą w roku 1945 w Kościanie, spowodował, iż stypendium nie dostałem. Zaciążyło to na dziejach mego życia!!! (Teraz uważam, że zaciążyło dobrze, bo pozostałem w Paryżu).

W dwa lata (?) później szef paryskiego biura Komitetu Free Europe, angażując mnie do współpracy, powiedział mi, że ów donos był dziełem „tamtej strony”, że to znana metoda służb „czerwonego”, no i że skądinąd „polowanie na czarownice” senatora McCarthy już się załamało…
Jedno pewne: wtedy i później cały szereg wybitnych Francuzów – czołowy dyplomata Jean Laloy, bliski Roberta Schumana Robert Rochefort, słynny dziennikarz Robert de Saint Jean, inni francuscy pisarze i arystokraci, przyjaciel mego ojca Gaston Palewski, słynny Jezuita o. Charles Huvemme SJ, itd., itd. – okazywali mi swą aktywną przyjaźń. A w czasie gdy będąc tak aktywnym – i siłą rzeczy stanowiącym sól w oku czerwonego – korespondentem informacyjnym RWE („szpionem” wedle PRL-u), wspaniałe, szlachetne, jakże sprawne francuskie służby bezpieczeństwa niewątpliwie otaczały mnie (podobnie jak np. moich kolegów bułgarskich, rumuńskich itd.) czujną i skuteczną opieką. Moja wiara w skuteczność tej opieki była w mym trudnym jednak życiu wielce ważna. Tak, trzeba JASNO ZDAĆ SOBIE SPRAWĘ Z TEGO, ŻE TAK ZWANA ZIMNA WOJNA BYŁA SUI GENERIS PRAWDZIWĄ WOJNĄ!!! O tym nie wolno zapominać.

Stała francuska opieka, owa świadomość, że we Francji mam zawsze mnóstwo aktywnych, chętnych mi pomóc przyjaciół, podobnie jak me mocne poczucie, że jak niegdyś starożytna Grecja, Francja jest dziś krajem o najwyższej kulturze, że dla nas – pisarzy, publicystów, dla wszelkiego rodzaju twórców i artystów – stolicą świata jest Paryż. Wszystko to leży u podstaw mego kultu FRANKOFONII, w bardzo szerokim tego określenia znaczeniu…

W ślad za Józiem Czapskim kocham paryskie muzea, i np. nadsekwańskie perspektywy, widok: tej rzeki i całego tego miasta. Rzecz jasna często myślami wracam do poszukiwania straconego tu czasu… A dobrze wiem, że lektura książek Marcela Prousta uczy nas odpowiedzialności, wrażliwości i czujności… W ślad za Grahamem Greenem uważam Prousta za najświetniejszego pisarza 20. wieku… O ile sie nie mylę, Józio mawiał, że czytając Prousta poznajemy samych siebie, poprzez jego bohaterów dostrzegamy w sobie własne kłamstwa i własną słabość.

Ignacy Morawski i jego żona wiedzą jak bardzo – choć jestem inwalidą o lasce czy kuli – kocham po Paryżu spacerować, w najwidoczniejszy sposób kocham to miasto i jego bulwary, ulice i uliczki oraz rzecz jasna tutejsze tak między sobą różne knajpki… Dobrze pamiętam, że ojciec mój spotykał się z Mikołajczykiem w kawiarni Deux Magots, że na bulwarze St Germain w kafejkach naprzeciw Księgarni Polskiej bywało sporo naszych ludzi pióra, że Jerzy Giedroyć często z rodakami konferował w lokalach koło dworca Św Łazarza, że Józio Czapski lubił la rue des Écoles. Dodam, że od dziesiątków lat na wnętrze wagonów i na stacje paryskiego metra, ludzi tam się przewijających patrzę jakby przez pryzmat dociekliwego, nieraz boleśnie dociekliwego spojrzenia Czapskego. Tak, Czapski nauczył mnie jakby inaczej, „dogłębniej” postrzegać ludzi i czasem starannie ukryte aspekty ich losu, życia, może nawet postaw?

Dziś spotkała mnie wielka radość. O 13-tej świetny brunch z Wirydianną z Raczyńskich Reyową, osobą od lat mnie i mej rodzinie tak bliską (przed laty byłem świadkiem na jej ślubie z Xawerym Reyem w montresorskiej kolegiacie). Brunch, mimo swej nazwy, bardzo paryski… Jedyne w swym smaku paryskie croissanty, bardzo smaczna, także wielce paryska jajecznica, no i kilka innych eleganckich z wyglądu, no i świetnych dań. Atmosfera specyficznie paryska, ludzie różnych narodowości, jakaś wielce elegancka starofrancuska, być może arystokratyczna para…

Rozmowa m.in. o książkach Bernarda de Roquefeuil pt. UCIEKINIER (przygody francuskiego podchorążego, który uciekł z niemieckiego obozu i ukrywał się w Polsce, między innymi u Branickich w Wilanowie (wzruszające opisy i zdjęcia) oraz o książce (tak godnej uwagi, także i ze względów historyczno-gospodarczych i socjalnych) Krzysztofa Dzierżykraj Morawskiego „Z Krakowa i Wielkopolski”!!!

Także rozmowa o spotkaniu, które ma mieć miejsce 9. grudnia br.: o SPOTKANIU POD HASŁEM PROPAGOWANIA FRANKOFONII W POLSCE, W INNYCH KRAJACH SŁOWIAŃSKICH ITD., ITD.!!! SPOTKANIU, KTORE MA ZAPOCZĄTKOWAĆ NOWĄ, POTĘŻNĄ AKCJĘ W TYM DUCHU. BĘDĘ TEZ APELOWAŁ DO GMIN I MIAST FRANCJI O NOWE „JUMELAGES” (umowy o współpracy i wymianie z miastami Polski i innych krajów, marzę np. o współpracy (rzecz jasna także pod hasłem FRANKOFONII) mego rodzinnego KOŚCIANA z BOULOGNE-BILLANCOURT…

No i za zakończenie wspominaliśmy z Wirydianną okres gdy jej mąż Xawery Rey był delegatem we Francji legalnego Rządu RP rezydującego w Londynie (póki żył mój ojciec, mówiono „Ambasada Wolnej Polski”). Oboje z Wirydianną byliśmy owej delegatury współpracownikami. Ostatni delegat legalnego Rządu wydał nam nawet legitymacje służbowe, mam też me stare paszporty dyplomatyczne, wydawane przez nasze poselstwo w Madrycie…

Komentuj...

*



niedziela, 16 czerwiec, 2019

  • Pogoda w Paryżu



    Niestety aktualne dane pogodowe nie są dostępne!


     
  • Kurs walut

  • Newsletter Vector Polonii

  • Partner: ASSOCIATION YOT-ART